niedziela, 29 lipca 2018

Beyblade po mojemu (S. 2 R. 18)


Rozdział  18

Ines

Pielęgniarka wpuściła mnie nie zadając, żadnych pytań, gdy tylko zobaczyła odznakę WBBA. Kazała mi za to zostawić kuczer, pasek i torebkę w razie gdyby któryś z pacjentów postanowił mi je zabrać i skrzywdzić nimi siebie lub innych pacjentów. Gdy weszłam do pokoju Alex spał.
Zerknęłam na kartę pacjenta wiszącą w stopach łóżka.
Nic dziwnego. Jego kieliszek z lekarstwami musiał wyglądać jak paczka skitelsów. No nic. Wygląda na to, że będę musiała zaczekać, aż się obudzi.

***

Gabinet pana doktora wyglądał naprawdę przytulnie. Było tam duże okno zasłonięte pasiastymi żaluzjami. Obok okna stała duża szafka, na której stały pluszaki plastikowe samochody i klockowe budowle. Na ziemi leżał dywan z domkami i ulicami. Na przeciwko szafy stał mały zielony stolik, na którym stał jeżyk z kredkowymi kolcami, liczydło i od groma kartek.  Bliżej drzwi koło doniczki z rośliną z wielkimi, klapiastymi liśćmi po obu stronach stołu siedziała pani Blanc i doktor Verges.
-Synku mógłbyś na chwilę do nas podejść.-poprosiła smutnym głosem mama Alex’a.
Chłopczyk bez słowa sprzeciwu podszedł do stołu i wgramolił się na jedyne wolne krzesło, jakie zostało.
-Powiedź mi chłopcze wiesz, dlaczego mama cie tu przyprowadziła?- zapytał mężczyzna.
-No właśnie nie do końca. Na początku myślałem, że to z powodu koszmarów, ale nie mam ich już od dłuższego czasu.
-A nie zdążyło ci się ostatnio pojawić się tam gdzie wcale nie poszedłeś, albo zrobić coś, czego nie pamiętałeś?- Chłopiec spuścił głowę zakłopotany.  Wiedział, że coś jest z nim nie tak, ale bał się do tego przyznać. Nie chciał martwić mamy i bez tego było jej ciężko.  – To objawy początkowego stadium rozdwojenia jaźni.
-Co to jaźń?- zapytał.
-Oś, wokół której organizuje się struktura psychiczna człowieka.
-Czyli tak jakby mam w głowie młodszego brata?-  gabinecie zapadła grobowa cisza. Pani Blanc spojrzą pytająco na doktora oczekując, że ten wyjaśni jej dziecku, co się z nim dzieje.
-Nie. Jesteś tylko trochę chory. Musisz przez jakiś czas zostać u nas i brać te tabletki, a przestaniesz pojawiać się tam gdzie nie poszedłeś.
-Wtedy, gdy nie wiem, co robię to wtedy mój brat może...być?- zapytał podekscytowany.
-Mniej więcej, dlatego musisz brać te tabletki.
-A jak on ma na imię?
-To choroba.

***

Alex leżał na wznak na swoim łóżku. Było już dawno po wybiciu ciszy nocnej wiec świtała w pokojach musiały być pogaszone. Mimo to pokój Alex’a nie był całkiem ciemny oświetlało go słabe światełko lampki nocnej. Piegowaty chłopczyk nie mógł długo zasnąć przez to, co powiedział mu pan doktor. Nie rozumiał jak to możliwe, że w jego głowie oprócz samego jest ktoś inny tak samo jak nie rozumiał, dlaczego miałby chcieć się go pozbyć. Mama zawsze mu powtarzała, że każde życie jest święte, więc życie tego drugiego go też.
-Hej. Słyszysz mnie?- zapytał cicho poczym długo czekał w napięciu na odpowiedź, której nie otrzymał. -Zrób...coś, jeśli mnie słyszysz.-nic się jednak nie stało. - Rozumiem, jeśli się wstydzisz, albo nie chcesz ze mną rozmawiać. Chciałem tylko zapytać jak masz na imię? Ja jestem Aleksander, ale możesz mi mówić Alex, jeśli chcesz.- nadstawił uszu, ale ku swojemu rozczarowaniu nic nie usłyszał. –  No chyba, że nie chcesz. Nie będę cie do niczego zmuszać.  Pójdę już spać, ale jak byś zmienił zdanie to się nie krępuj… Także Dobranoc.- powiedział, po czym odłożył okulary na szafkę nocną i niemal natychmiast zasną zmęczony.
Mimo to, że drugi syn państwa Blanc spał głębokim spokojnym snem jego ciemne prawie czarne oczy otworzyły się szeroko. Nie do końca świadomy tego gdzie jest, ani co się dzieje chłopczyk usiadł na brzegu łóżka. Wszystko, co widział było rozmazane dopóki nie znalazło się tuż przed jego twarzą.
Po omacku sięgną po leżące na szafce okulary i wsadził je na nos.  Pokój, w którym teraz siedział różnił się od tego, który zwykle oglądał. Był dużo mniejszy na podłodze nie było puchatego dywanu w psie łapki, a ściany zamiast zielonych były szare.
Chłopiec wyszedł na niebieski korytarz pełen drzwi oświetlony zimnym światłem brzęczących świetlówek. Do ścian przyklejone były papierowe motylki, chmurki i słoneczka.  Szurając ciapami w kształcie piesków Alex mijał kolejne drzwi oglądając nowe miejsce, aż w końcu doszedł do miejsca, w którym nie było drzwi. Pusta rama framugi prowadziła do pokoju łudząco podobnego do pokoju, w którym się wcześniej obudził.  Chłopczyk zajrzał do środka. Na podłodze koło łóżka ubrana w biała koszulę nocna tyłem do niego siedziała postać.  Może to przez cień, ale Alex’owi wydawało się, że jej ciemne włosy rozchodzą się na wszystkie strony i łączą się z ciemnością, ręce postaci też były inne. Wyglądały na ciemniejsze niż powinny.  Postać tknięta uczuciem, ze coś ja obserwuje odwróciła się naglę:
-Mince. -zaklęła szeptem chowając coś w pościeli.  Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła, ze to tylko jakiś zabłąkany pacjent, a nie na przykład pielęgniarz.
-Nieee, ja jestem, Alex...chyba. –wydukał cicho chłopiec. Nie mogąc oderwać wzroku od ciemnych zdawałoby się błyszczących w mroku złych oczu.
-Idź sobie.-warknęła odganiając go ręką.
-Czemu?- spytał. Nie chciał wychodzić. Dziewczyna… ciekawiła go.
-Jestem zajęta.- odparła wyciągając to, co wcześniej schowała. W półmroku Alex nie mógł dokładnie dostrzec, co to było, ale wyglądało na ostre.
-A, co robisz? –  zapytał, gdy uniosła przedmiot i przyłożyła go do swojej szyi.
-Ty tak na serio?- zdziwiła się tracąc na moment rezon, na co chłopczyk pokiwał gorliwie głową.- Próbuje ze sobą skończyć. – odpowiedziała myśląc, że im szybciej zaspokoi ciekawość chłopca tym szybciej będzie miała spokój.
-Co to znaczy?
-Hej! – do pokoju weszła pielęgniarka i zapaliła światło.  Alex’owi wcale się nie zdawało. Skóra dziewczyny, do której pokoju trafił była ciemniejsza. Ciemniejsza i do tego bardzo ładna. - Jest cisza nocna, dlaczego wy… Oddaj to natychmiast.- pielęgniarka podbiegła do dziewczyny siedzącej na łóżku i próbował wyrwać jej ostry przedmiot, który trzymała. Dziewczyna zaczęła wrzeszczeć, w pokoju zaroiło się od ludzi.  Dwóch z nich przytrzymali ją, a jeden wbił w jej ramię igłę i nacisną tłoczek strzykawki.  Pacjentka opadła bezwiednie na lóżko, ale Alex’a już tam nie było. 

***’

Rankiem po śniadaniu Alex poszedł na swoje pierwsze zajęcia grupowe. Nie udało mu się wyspać ostatniej nocy, ale mimo wszystko cieszył się jak dotąd nie udało mu się jeszcze z nikim porozmawiać inne dzieci z jakiegoś powodu unikały go. Tłumaczył to sobie tym, że porostu czują się niepewnie, bo jest tu nowy.
-Dzień dobry wszystkim.-przywita się pani doktor siadając na jednym z ustawionym w kole krześle.
-Dzień dobry pani Muriel!- opowiedziały chórem dzieci. Wszystkie poza jedną ciemnoskórą dziewczyną jej czarne kręcone włosy były przygniecione grubą materiałową opaską. Wwiercała w Alex’a swoje brązowe oczy tak jakby miała do niego żal. Nie wiedząc, co z tym zrobić chłopiec uśmiechną się do niej miło. Odwróciła wzrok.
-No dobrze moi kochani wczoraj wieczorem odłączył do nas ktoś nowy.- Spojrzała na Alex’a.- Może się nam przedstawisz. Co ty na to?
-Chętnie. Ummm. Nazywam się Aleksander Blanc…
-Cześć Aleksander.- przerwały mu chórem dzieci.
-…Ale możecie mi mówić po prostu, Alex jeśli chcecie.-dodał zakłopotany.   
-Doskonale jestem pewna, że wszystkim bardzo miło cie poznać. Chociaż z tego, co mi wiadomo ty i Clementine już się poznaliście.
-Casse-toi.- przeklęła dziewczynka wstając z krzesła i wychodząc.
Po wyjściu ciemnoskórej dziewczyny zajęcia grupowe trwały dalej taj jakby nic się nie stało. Wszyscy od tak przeszli do porządku dziennego. Wszyscy poza Alex’em. Nie pamiętał jej, ale to nie zwalniało go z odpowiedzialności za to, co zrobił. Cokolwiek by to niebyło.  Różne okropne scenariusze przychodziły mu do głowy, ale bał się podejść i zapytać, co takiego się stało, gdy przednio widział się z nią.   Więc przez resztę dnia po prostu siedział zmartwiony w koncie sali
-Nie zrobiłeś nic złego. To moja wina. - chłopczyk zamarł z kubeczkiem wody w ręku. Z lustra patrzył na niego smutny chłopiec. I mówił do niego. -Wczoraj przeze mnie pielęgniarze zabrali jej zabawkę.
Alex był w szoku i jednocześnie nieziemsko szczęśliwy. Jednak ktoś z nim był. Nie był już sam. Chciał go poznać, chciał z nim rozmawiać, chciał dowiedzieć się o nim wszystkiego, ale to, czego chciał nie miało znaczenia, bo chłopca, na którego teraz patrzył cos gryzło i to było dużo ważniejsze.
-Przeprosiłeś ją?- zapytał.
-Nie.-przyznał się chłopiec z lusterka. – Nie było, kiedy. To zdarzyło się tak szybko.
-Spokojnie nie zrobiłeś nic, czego nie dałoby się naprawić. Po prostu pójdź do niej teraz i przeproś.
-Ale, tak teraz?
- A kiedy jak nie teraz?
-Zwykle mogę gdzieś iść dopiero, kiedy ty… -opuścił głowę zakłopotany.
-Kiedy ja, co?
-No wiesz… najczęściej to się dzieje jak już jest ciemno, a ty śpisz.

***

Piegowaty chłopiec zapukał w drewniana framugę, jaka zostało po wymontowanych drzwiach szpitalnej sali Clementine.
-O to tylko ty. Już myślałam, że pielęgniarz. – mruknęła na powrót wyjmując taśmę klejącą i kawałek zbitej szyby spod łóżka.  – Po co przylazłeś?
-Na stołówce nic nie jadłaś.
-Nie byłam głodna.-odbiła szybko.
-...Wziąłem dla ciebie batonika.- wydukał wyciągając przed siebie dłoń zaciśnięta na przekąsce.
-Nie chce.
-…Jest zbożowy.
-Nie lubię
- Wiesz tak właściwie to chciałem cie przeprosić. – odłożyła szkło na bok spojrzała na niego podejrzliwie.- Po prostu obudziłem się tu. Nie wiedziałem ani po co ani na co, a u ciebie… nie było drzwi.
-Kto cie leczy?- spytała o chwili milczenia i przyglądania się nieproszonemu gościu, a w jej głosie słychać było nutkę odrazy.
-Doktor Verges i Pani Muriel.
-I wszystko jasne... Wiesz, co powiedz mu zresztą nie ważne, przejrzałam cie. Dégage.
-No dobra, o czym mówisz?
-Ja wiem.- powiedziała dobitnie zaplatając ręce na piersiach.
-O, czym?- Alex doskonale pamiętał, co mówiła mu mama, że nie może się denerwować na innych, a nawet, jeśli się denerwuje to nie może dać im tego odczuć, ale ona przesadzała?-Wiesz, co? Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Przyszedłem tutaj cie przeprosić, bo mi tak brat doradził, a ty zamiast normalnie powiedzieć, że nic się nie stało robisz scenę. Sama delarge!- krzykną na koniec i już miał z tamtą wychodzić, ale głos ciemnoskórej dziewczyny powstrzymał go.
-… Dégage. Mówi się ‘’dégage’’.- powiedziała spokojniej niż dotąd.
-Jeden pies. –mrukną w odpowiedzi.
-A drzwi zabrali mi za karę.
-Bo? –chłopiec odwrócił się przodem do niej.
-Powiedźmy, że to wczoraj to nie był pierwszy raz, gdy musieli ululać mnie do snu strzykawką.- nie odpowiedział. – No dobra chyba się bez tego nie obejdzie.- westchnęła.- Przepraszam, że zrobiłam scenę. Wygląda na to, że na moich żółtych papierach powinni dopisać mi paranoiczka.-przez chwile chłopiec i dziewczyna po prostu patrzyli na siebie przy słabym świetle jasno niebieski lamp, która wpadało tam z korytarza.
-Nic się nie stało. –mruknął chłopiec.
-Czyli między nami jest git?- zapytała wstając z łóżka podchodząc.
-Chyba…
-To, co buzi na zgodę?   
-Yyy.- dziewczyna roześmiała się perliście.
-Żałuj, że nie widziałeś swojej miny. Idź spać dzieciaku już dawno po wieczorynce.

***

Obudził się podekscytowany. Szybo wyskoczył z łóżka i podbiegł do okna. Liczył na to, że może zobaczy swojego młodszego brata w tafli szkła. Nie przeliczył się.
-No i jak poszło? Udało ci się? Ja nic nie poczułem.  Przeprosiłeś ją? Co powiedziała? – momentalnie zasypał go pytaniami za nim zdążył pomyśleć, że może go tym wystraszyć.
-Nie jestem do końca pewien, ale chyba poszło dobrze.- chłopiec uśmiechną się.
-To świetnie.
-Alex...-zaczął chłopiec, ale szybko urwał spuszczając wzrok.
-O, co chodzi? Coś się stało?
-... Dlaczego mama nas tu zostawiła?- chłopiec poczuł rosnącą w jego gardle gule. Znał odpowiedź na to pytanie jednak za, żadne skarby świata nie chciał jej udzielać. Bo wiedział, że jedyne, co by sprawiła to przykrość dziecku w szybie.
-Nie martw się tym teraz. Powinniśmy iść już do łóżka.
-Chyba masz rację.
Chłopcy położyli się spać. Jeden z nich zanurzył sie w wyciszającej ciemności, drugi natomiast nie miał tyle szczęścia. Wpadł prosto w szpony koszmaru. W sam środek Żelaznego lasu.

***

 Ranek przywitał mieszkańców i pracowników szpitala przyjemnymi ciepłymi promieniami wiosennego słońca. Dzisiejszy dzień miał być wyjątkowy. Bo to dzień odwiedzin. Żadnych zajęć, żadnych badań, a od samego rana do wieczora można było mieć gości.
-Hej smrodzie.-przywitał się stojący w drzwiach młody mężczyzna.
-Doji! -Chłopczyk wstał z łóżka i podbiegł do swojego starszego brata.
-Na to wygląda. - potargał włosy na głowie Alex’a.- Co tam czytasz?
-Anatomie człowieka i tylko oglądam obrazki.
-Zawsze byłeś kujonem. Następnym razem przyniosę ci komiksy, a teraz nauczę cie grać w karty. A jak już stąd wyjdziemy to zabiorę cię do kasyna.
-A nie zabronią nam wejść?
-Mogą spróbować.- chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu. -A teraz słuchaj smrodzie to prosta gra nawet tak smród jak ty ogarnie, o co chodzi.
-Doji mam pytanie.
-Już? Nawet nie zdążyłem rozdać kart. –powiedział tasując karty.
-Nie o grę. – talia zamarła w jego dłoniach.- Chodzi o dziewczynę.
 -W takim razie zamieniam się w słuch.  Widziałem ją?
-Chyba… Nie wiem.
-Ładna jest?
-Bardzo.
-No dobra, dobra. Co to za pytanie?
-Co to znaczy jak dziewczyna mówi, że chce ze sobą skończyć?- po twarzy Doji'ego przebiegł cień. Był tam dosłownie chwile, ale zdążył wystraszyć małego chłopca. 
-...Która? -zapytał.
-Hej Doji! - uśmiechną się chłopiec i przytulił do siedzącego na przeciw niego brata.- Nie zauważyłem, kiedy przyszedłeś. Mama też przyjdzie?
-Mama...ostatnio nie najlepiej sie czuje.
-O. Rozumiem.

***

Kiedy pogoda na to pozwalała dzieci oczywiście pod czujnym okiem opiekunów mogły wyjść na dwór zaczerpnąć świeżego powietrza? Zabawy opierały się głównie na bieganiu i wrzeszczeniu bez konkretnego powodu, poza tym do wybory były też klasy, guma, albo skakanie przez skakankę. Alex odnalazł się w dłubaniu patykiem w ziemi kucając koło sporej kałuży.  Był w trakcie usilnych prób wykopana kamyka, który okazał się większy niż na początku zakładał, gdy usłyszał znajomy głos:
-Hej ty, chcesz zobaczyć coś fajnego?- zapytał stając nad Alex'em i szturchając go stopą wysoki chudy chłopiec.
-Jasne.-ucieszył się. Wstał szybko i oparł patyk o zieloniutki od młodych listków żywopłot.
-No to, choć.
O ile, Alex dobrze pamiętał jego nowy towarzysz nazywał się Maksencjusz. Nie wyglądało na to, żeby miał tutaj przyjaciół. zwykle siedział sam, a przy porannych spotkaniach w kółeczku jeszcze sie nie zdarzyło, żeby miał coś do powiedzenia. Dlatego też mały piegusek ucieszył sie, że chłopiec zdecydował sie w końcu do kogoś odezwać się.
Chłopcy ukradkiem weszli na drugą stronę żywopłotu, a tam zaczynała się bardziej gospodarcza część ośrodka między innymi drzwi do zaplecza kuchni, szopa ogrodników i dwie ogromne beczki, które gromadziły spływającą z rynien deszczówkę.
-Choć zobacz.-powiedział nowy kolega Alex'a wchodząc na drewnianą skrzynkę stojącą przy beczkach.
Alex zajrzał do środka. W beczce pływał bury szczur oprócz niego w środku unosiło się małe ciałko innego szczura.
-Włożyłem je jednocześnie i ten zdechł prawie od razu, a tego drugiego wyjąłem na chwilę i pływa tak już od godziny. -  Blanc najpierw pobladł i poczuł rosnąca gulę w gardle.- Fajne prawda?
-Tak niemożna. To jest żywe stworzenie
-To szczur.
-O też czuje!
-I, co z tego?- zapytał spokojnie.
-To, że tak nie można.-powiedział przechylając się jak najmocniej umiał i próbując jakoś wyłowić przemoczonego szczura z beczki.
-I teraz jest ci przykro? -zapytał.
-Tak! Bardzo przykro.
-No to może chcesz zając jego miejsce. -Maksencjusz załapał Alex'a znienacka za włosy i wepchnąć jego głowę do beczki. Deszczówka nalała się do ust, oczu i nosa czuł. Jak pala go płuca z braku powietrza szarpał się i wyrywał, ale to nic nie dawało zaczęło robić mu sie słabo, aż w końcu zemdlał, a przynajmniej tak mu sie wydawało.
Alex zaparł sie mocno i zamiast walczyć z chłopcem z całej siły szarpnął beczkę i przerzucił ją na bok? Woda rozlała się po trawniku, a baj chłopcy i szczur wylądowali w samym środku kałuży. Blanc nabrał kilka spazmatycznych oddechów. -On chciał zrobić krzywe mojemu bratu.- pomyślał. W wtedy po raz drugi zaczął czuć jak coś się w nim gotuje. Zacisnął dłonie w pięści i zaczął na ślepo okładać pięściami Maksencjusza. Stracił okulary jeszcze w beczce, więc nie widział, co w robił, ale bolesne wrzaski utwierdzały go w tym, że szło mu dobrze.
-Przestań tak nie można.-rozległ się krzyk w jego głowie tak głośny, że chłopiec, aż sie zawahał.
-Ale on chciał nas utopić.-odparł.
-Pobicie go to nie jest rozwiązanie. Nie wiemy, czemu tu jest.
-To potwór utopił szczura i ciebie też chciał.     
-Potwory tworzą ludzie. On potrzebuje pomocy, nie kary.-chłopiec odpuścił, a Alex odzyskał kontrole nad swoim ciałem.
-Przepraszam.-powiedział do obitego chłopca.-Zaczekaj.- z kieszeni przemoczonych spodni wyjął równie przemoczone chusteczki i chciał przyłożyć ich zbitek do rozwalonego nosa Maksencjusza, ale ten odtrącił jego rękę i powiedział:
-Jesteś chory.-po czym odszedł.
-Nadal myślisz, że potrzebuje pomocy?- usłyszał pytanie.
-Tak, w środku oni wszyscy to tak naprawdę skrzywdzone dzieci, którym trzeba pomóc wrócić do siebie...No dobrze znajdźmy nasze okulary. 

***

Pani Muriel świeżo upieczona pani psycholog była jedną z najbardziej uśmiechniętych osób w całym ośrodku. Kojarzyła się chłopcom ze słońcem i była naprawdę bardzo milutka tylko wymyślała dziwne zabawy. Pewnego dnia posadziła wszystkie dzieci na kolorowym dywanie w świetlicy usiadła razem z nimi i powiedziała:
-A teraz zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że jesteście kwiatkiem, który rośnie sobie w ciepłych promieniach słońca.- przed oczami Aleksa staną kwitnący na biało doniczkowy kaktus, jaki stał na parapecie w jego starym domu.-  Miękkie krople deszczu spadają na twoje płatki i liście. Deszcz orzeźwia i odżywia cie, a lekki wiatr kołysze lekko w te i z powrotem.-mówiła przyjemnym spokojnym prawie usypiającym tonem.- Rośniesz na dużym polu wraz z wieloma innymi kolorowymi i lśniącymi kwiatami.- chłopcu zrobiło się głupio słysząc, Rośniesz coraz wyżej i stajesz się coraz starszy. Wkrótce twoje płatki zwiędną. Na szczęście w pobliżu przechodzi ktoś, kogo lubisz zrywa i zabiera cie ze sobą do domu, a tam wstawia do przepięknego wazonu. No dobrze dzieci otwórzcie oczy. Przyjemnie prawda?  Tak Alex, o co chodzi?.
Chłopiec opuścił rękę chrząkną i powiedział:
-Nie rozumiem, czemu sie w to bawimy.
-Ta zabawa ma na celu nauczyć nas empatii.
-W takim razie, czemu mieliśmy sobie wyobrazić, że nasz przyjaciel odrywa nasz kawałek i zabiera do domu, jako trofeum?
-Dlaczego myślisz, że tak jest?
-Pani powiedziała, że jesteśmy kwitnącą rośliną, a one nie umierają, gdy zwiędną im płatki. Więc byliśmy żywi, kiedy ktoś, kogo lubimy odrywał nasz kawałek zabrał do domu w wstawił do przepięknego wazonu.
Blanc nie doczekał się odpowiedzi na swoje pytanie przestał uczęszczać na zajęcia grupowe. Ponoć miał zły wpływ na inne dzieci.

***

-Nie bierzesz lekarstw?- zdziwił się Alex siedząc pewnego ranka razem z Clementine przy stoliku na świetlicy. Dziewczyna właśnie rozdeptywała na proch wyplute przez siebie tabletki wszystkie poza jedną, którą schowała do kieszeni różowej sukienki. 
-Nie.- rzuciła w odpowiedzi dyskretnie zamiatając stopą resztki pod mały kolorowy dywanik. 
-Czemu? A one nie miały pomóc?
- Pomagają z tym, że nie mnie. One pomagają im – kiwnęła głową w stronę pielęgniarzy. - trzymać mnie w ryzach. Przytępiają mnie. A ty, co tam masz? -Clementine wyjęła mu z dłoni kieliszek z lekarstwami i przyjrzała się im., – Hym. Nie kojarzę ich.
-Alex mówi, że chcą mnie nimi zabić.- zanim zdołał dokończyć słowo tabletki zniknęły w ustach dziewczyny. – Co ty!? Cze..-  krzyknął, ale z kolei jego usta zostały zasłonięte wierzchem dłoni trzymającej kieliszek.
-Ciszej.- chrypnęła szatynka. – Nie mam ochoty na płukanie żołądka.
-Czemu to zrobiłaś?- zapytał zdejmując dłoń z swojej twarzy.
-Chce zobaczyć, co się stanie. – zaśmiała się.- Nie rób takiej miny.  Będzie dobrze.- uścisnęła jego dłoń, której tak się złożyło, że żadne z nich nie puściło. – Będzie dobrze.

***

-Alex musisz brać leki. Inaczej nie wyzdrowiejesz i nie wrócisz do domku.- pielęgniarka, której wiek zdradzały promieniste zmarszczki wokół oczu, jak co dzień próbowała przekonać swojego podopiecznego. Jej zasmucona mina sprawiała, że chłopcu serce się krajało, ale coś sobie postanowił i zamierzał wytrwać w tym postanowieniu.
-Bardzo bym nie chciał, żeby była pani przeze mnie smutna, ale ich nie wezmę. Robią krzywdę mojemu bratu. Przepraszam, ale nie mogę.
-Musisz.
-Nie wezmę ich. Bez względu na to jak bardzo będzie pani prosić.

***

Jedno z tych dzieci chce wybrać się na druga stronę, tylko które?- zastanawiał sie Doji obserwując bawiące sie w ogrodzie czekając, aż pielęgniarka przyprowadzi mu młodszego brata. Ojciec wrócił do Japonii kończyć ważny projekt, więc nauka Alex'a rzucania i łapania piłki spadła na Dojego nie przeszkadzało mu to, ba nawet trochę się cieszył.
Po raz kolejny powiódł wzrokiem po podwórku jednak tym razem jego spojrzenie skrzyżowało się z ciemnym oczami jednej z dziewczynek nie wyglądała na zadowoloną, że go widzi. Ciemne skręcone w ciasne sprężyny włosy uczesane miała w wysokiego kucyka, przez co wyglądała dość bojowo jak na małą dziewczynkę.
Od czegoś trzeba zacząć.-pomyślał i podszedł do niej.
-Cześć dziewczynko.
-Va chier (spieprzaj). - warknęła patrząc mu prosto w oczy.
-No brawo.- Wolno zaklaskał. -Mama wie, że znasz takie słowa?
-A myślisz, że skąd je znam? - zaśmiał się.
-Touche, jak się nazywasz dziewczynko? -zapytał przyglądając się jej szukając jakichkolwiek powodów, dla których miałaby tu być i nie znalazł, żadnych.
-A, co chcesz na mnie naskarżyć ordynatorowi?
-Może.
-Violin, Clementine Violin.
-A to akurat jest ściśle tajne.
-Doji!- zawołała pielęgniarka.-Twój brat już na ciebie czeka.-mała dziewczynka uśmiechnęła się sie do niego wrednie.
-No idź, braciszek czeka.
Violin, Violin. Skąd ja znam to nazwisko?

***

W gabinecie doktora Verges'a niby nic się nie zmieniło, a zrobił sie jakiś dziwnie obcy i przytłaczający. Od dłuższego czasu grali, w „co widzisz". Doktor pokazał chłopcu obrazek przedstawiający plamę na kartce i pytał, co widzi, po czym każdą odpowiedź zapisywał w notesie.
-A tutaj?
-Ogromną ćmę.
-Rozumiem.-  zamienił obrazki.
-Delfiny w butelce.
-No dobrze. -powiedział Verges odkładając na bok pomoce naukowe i splatając palce w koszyk.- Porozmawiajmy chwilę. Słyszałem, że nie chcesz brać leków.
-Zgadza się.
-Dlaczego?
-Sam pan powiedział. Moja jaź się rozdwoiła, a o to znaczy, że w mojej głowie istnieje dodatkowa oś, wokół której organizuje się struktura psychiczna człowieka. Sam pan tak powiedział.
-Zgadza się, jednak dodałem też, że jest obaw choroby.
- I z całym szacunkiem myli się pan. Jesteśmy inni nie chorzy.
-Tak uważasz?- chłopiec pokiwał głową.
-Słyszał pan kiedyś o anemii sierpowatej? Ja ostatnio dużo o niej czytałem. Ludzie z tą mutacją są odporni na malarię.
- W jej przebiegu dochodzi do zlepiania się krwinek, a dalej do tworzenia zatorów w naczyniach. W konsekwencji może dojść do zawału, czyli do niedokrwienia różnych narządów, co może doprowadzić do śmierci.
-Mimo wszystko uważam, że warto zaryzykować.

***

Mama pojawiła się pewnego wieczoru dobry miesiąc po rozpoczęciu leczenia. Długo rozmawiała z panem doktorem Verges'em zanim zdecydował sie przyjść do pokoju swojego synka.
-Alex synku jak się czujesz?- zapytała siadając na brzegu łóżka.
-Dobrze. Wszyscy tutaj są bardzo mili i w ogóle. Mamy takie kolorowe pokoje i na świetlicy jest tak dużo zabawek.
-To miło.- uśmiechnęła się smutno-Wiesz synku mam do ciebie jedną prośbę. 
-O, co chodzi?
-Chodź tu.- powiedziała rozkładając ręce, a gdy chłopiec przysuną sie do niej objęła go i delikatnie głaskała po głowie mówiąc.- Jesteś mądrym, opiekuńczym i troskliwym chłopcem.- spokojny głos mamy sam w sobie usypiał chłopca jej spokojny oddech i ciche bicie serca wszytko to sprawiało, że powoli odpływał wtedy poczuł delikatny ucisk w okolicach obojczyka, po czym kompletnie zapadł się w ciemność.
-Jak już mówiłam jesteś mądrym chłopcem i możliwe jest, że popełniłam błąd przyprowadzając was obu tutaj.- mówiła dalej nie przerywając głaskania. Nie myląc się, co do tego, że alter ego jej syna słucha.- Nie możesz nie jednak winić za to, że chciałam chronić moje dziecko. Rozmawiałam z lekarzem i jak sie okazało w jakiś sposób nawiązałeś więź z moim synem. Nie podoba mi się to jednak, co się stało już się nie odstanie jesteś teraz częścią jego życia, dlatego jak już wcześniej mówiłam mam do ciebie prośbę. Chcę, żebyś zrobił wszystko, co w twojej mocy by go chronić. Mogę na ciebie liczyć?
-Tak proszę pani.-odparł chłopiec łamiącym sie głosem nie odwracając głowy wtulony w biały sweter głaszczącej go kobiety.
-To dobrze.-powiedziała i pocałowała czubek jego głowy.- Śpijcie dobrze.
Gdy tylko zamknęły sie za nią drzwi Alex zaczął płakać. Trochę mu to zajęło, ale w końcu do niego dotarło jego mama wcale go tu nie zostawiła. Bo nie miał go, kto tu zostawić.

***

-Jutro pouczę cie czytać i pisać. Cieszysz się?- zapytał Alex wypluwając piane, jaka nazbierała sie w jego ustach podczas szczotkowania.
-Trochę, chyba..nie wiem...- odparł chłopiec w lustrze.- Dzisiaj znowu próbowali wcisnąć nam te tabletki, prawda?  Pływały w kakao.
-T-tak, ale nie martw się nie będę ich brał. Choćby nie wiem, co.
-Dzięki?..Wiesz nie powinieneś do mnie mówić.
-Ale myślałem, że to lubisz.
-Lubię, ale będzie lepiej jak przestaniesz.
-Dlaczego?
-Może jak uwierzą, że mnie już nie ma to cie wypuszczą.
-Chcesz ich okłamać?
-Nie będę kłamać. Po prostu będziemy robić swoje, a oni uwierzą w to, co chcą.
-Ale ja chciałbym z tobą rozmawiać. Jesteś moim bratem.
-Nie mów od razu tego, co chcesz mi powiedzieć. Po prostu to mocno pomyśl. Wtedy powinienem cie usłyszeć.
-D-dobrze.

***

Przy przysuniętym pod okno stoliku siedział Alex i uważnie patrzył jak jego brat powoli literka po literce przepisuje zdania z elementarza.
-Ręka mnie boli.-marudził młodszy z braci rzucając ołówek na blat.
-Wiem, że cię boli, ale spójrz idzie ci coraz lepiej. -Chłopczyk wyciągną zapisaną koślawymi literkami kartki i położył ją obok tej najnowszej.- Robisz duże postępy.
-Robienie postępów boli.
-Hym. Skoro boli cie ta ręka to może spróbuj ta drugą.
-Ale ty nie używasz tej ręki do niczego.
-Wiesz, co? Jak chcesz może być twoja.
-No dobra. Spróbuję

***

Alex i Clementine. siedzieli w pokoju dziewczynki. Jak zwykle ciemną nocą. Kiedyś tchnięty myślą chłopiec zapytał, czy to możne przez koszmary jego znajoma nie możne spać w nocy. Dziewczyna roześmiała mu się w twarz i powiedziała, że nie jest już dzieckiem i nie pozwoli nikomu decydować za nią, kiedy ma spać. Kiedy jednak zapytał ile ma lat odmówiła udzielania mu odpowiedzi. ( Dopiero trochę później Doji wytłumaczył mu, ze dziewczynek o wiek sie nie pyta z niewiadomych przyczyn tak samo jak wagę) To na szczęście tyczyło się tylko tego pytania, Każde inne bez względu jak głupie nie ostawało bez odpowiedzi.
-Clementine?
-Czego dusza piszczy?- odparła uważnie przyglądając się sie srebrnej taśmie szukając jej początku.
-Skąd ty właściwie bierzesz te szkła? Oni je ciągle ci je zabierają, a ja ciągle widzę jak oklejasz je taśmą.
-Woźny lubi moje rozweselające cukierki.
-Rozumiem.
-Gratulacje. Powoli zaczynasz łapać o co tu chodzi, a teraz ja cie o coś zapytam.-spojrzała na niego przenikliwie odkładając na bok szkło i taśmę. -Za to ty właściwie tu siedzisz?
-Nie wiem odparł chłopiec. Kilka miesięcy temu puff i jestem, a potem nie wiadomo, czemu przywieźli nas tutaj.
-Nas? -zapytała szczerze zdziwiona.
-Mnie i mojego brata.
-Gdzie go trzymają?
-Tutaj.
-Wiem, że tutaj. Dokładniej gdzie tutaj?
-Tutaj.-doprecyzował dotykając czubkiem palca czoła.
-Hah. -mruknęła wzruszając ramionami i wracając do szkła.- Coś tak czułam, że jesteś za mało dziwny... a i tak na przyszłość mów mi Tina.

***

Doktor Verges siedział przy biurku z dłońmi splecionymi w koszyk. Patrzył na siedzących na przeciwko matkę i syna.
-Będę z państwem szczery Alex odmawia przyjmowania leków, jest agresywny w stosunku do innych pacjentów oraz nie chce współpracować z doktorami.
-Czy jest coś, co można zrobić?- spytała kobieta.
-Możemy spróbować w fizyczny sposób rozwiązać problemy psychiczne.
-Spróbować.-prychną Doji.
Pani Blanc uciszyła go spojrzeniem.
-Co Pan przez to rozumie?
-...Lobotomie.

***

-Czemu chcesz się zabić?
-Bo człowiek jest niczym innym jak sumą własnych wyborów.-odparła Clementine poprawiając ścianę fortu z poduszek.
-Nie rozumiem.
-Jasne, że nie rozumiesz. Tobie trzeba wszystko tłumaczyć jak trzylatkowi.
-Mówiłem ci już: ja jestem tylko kilka miesięcy.
-Jaaaaaasne. Wiem, że jesteśmy w wariatkowie, ale wymyśliłbyś coś bardziej...nie ważne. Zresztą mówi się "żyję”, a nie "jestem".
-Tak samo jak mówi się "Szpital psychiatryczny", a nie "Wariatkowo".
-No dobra panie mądry inaczej. Chodziło mi o to, że to, kim jesteś dominują wybory, jakie podejmiesz, a jedyne, o czym mogę tutaj zdecydować to, z jakim dżemem chce kanapkę, a to sprowadza się do tego, że jestem nikim. Nie mam zamiaru robić wszystkiego, co mi każą, działać zgodnie z ich rozkładem zajęć. Chce móc, choć raz o sobie zadecydować. Chce wybrać jak umrę.
-Ale, kiedy wyjdziesz stąd też będziesz mogła o sobie decydować.
-Naprawdę tak myślisz? Rany jesteś jeszcze głupszy niż myślałam.- zaśmiała się.-  Jedyna różnica między tymi murami, a światem poza nimi jest taka, że tam nie przynoszą ci prochów w kieliszku tylko musisz sam ich szukać.
-Przepraszam.- ziewnął.
-Nie masz, za co?-mruknęła cicho.- Ty po prostu chcesz wiedzieć.
-Wiesz, co powiedział kiedyś Albert Einstein?
-Patrzcie, jaki mam długi język?- zaśmiała się z własnego, żartu i ziewnęła przeciągle.
- Powiedział, że "Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów".
-Cudne. Zrób sobie koszulkę z takim napisem.-sarknęła kładąc się na materacu i zamykając oczy.
-Chodziło mi o to, że może źle sie od tego zabierasz.-powiedział cicho gładząc puszyste włosy Tiny.- W kółko powtarzasz ten sam schemat i myślisz, że tym razem będzie inaczej. -ślepia chłopca też się kleiły, ale nie miał ani siły ani ochoty się stamtąd ruszać.
-Może.-mruknęła ledwo dosłyszalnie.- Jutro o tym pomyśle.
-Taaak. -ziewnął.- Jutro jest dobre.
Zamknę oczy na chwilę i wrócę do pokoju.-pomyślał czując jak jego głowa opada na ramie. A ostatnie, co usłyszał zanim kompletnie odpłynął było ciche:
-Nie jesteś głupi. Mówię tak tylko, dlatego, żebyś nie poszedł być fajny gdzie indziej.
 To była spokojna noc. Tym razem nawet Żelazny las nie wydawał sie tak straszny jak dotąd.
Pielęgniarki znalazły ich dopiero rano śpiących w ruinach poduszkowego fortu.

***

W całej świetlicy porozwieszane były serpentyny. Dzieci odbijały kolorowe balony, a na zielonym stoliku stał tort. 
-Spotkaliśmy się tutaj, żeby pogratulować Alex'owi -powiedział doktor Verges wznosząc toast z soku wiśniowego-. Życzymy mu zdrowia, szczęścia...
-I obyśmy nigdy więcej go nie zobaczyli!!!-zawołały chórem dzieci.

***

 -No to jak smrodzie masz już wszytko? -zapytał Doji biorąc pod pachę walizkę z ubraniami.
-Chyba...-powiedział niepewnie chłopiec rozglądając się sie po pokoju.
- No to zrób pa pa weź plecak i jedziemy do domu.

***

-Hej.-przywitał się mijając dwóch panów mierzących dziurę po drzwiach.
-Hej. Widziałeś?  Ci kretyni chcą wstawić mi nowe drzwi.
-Widziałem...-nastała długa chwila ciszy   
-Więc wychodzisz.-stwierdziła kiwając głową w stronę wiszącego n ramieniu chłopca plecaku. 
-Bynajmniej nie za dobre sprawowanie.-zażartował, nie zaśmiała się. - Ej no. Nie bądź taka.
-Dégage.- Wstała z łóżka i ruszyła od wyjścia
-Tina! Nie chce chcę, żeby tak wyglądało nasze pożegnanie.
-Co niby chcesz usłyszeć? Do zobaczenia? Nie słyszałeś doktora? Życzę ci zdrowia szczęścia i żebym cie tu więcej nie widziała.
-Będziesz dalej próbować?
-Pewnie tak. Może zmienię sposób. Tak czy inaczej trzymaj się dziwolągu.- mruknęła odchodząc.
-Do zobaczenia...- zawołał za nią.



Ines



Budził się powoli. Najpierw jedno oko potem drugie. Mrukną coś wtulając jeszcze na moment twarz w poduszkę, po czym przekręcił się na plecy i zaczął rozglądać po pokoju. Jego wzrok zatrzymał się na moment na mnie. Zmrużył oczy, po czym sięgną po leżące na stoliku okulary wsadził na nos i powiedział:
-O Ines. Miło cie widzieć.-uśmiechną się.- Dawno przyszłaś?
-Jakiś czas temu. Jak się czujesz?
-Martwię się, o Alex'a.
-Rozumiem. Chciałabym z nim przez chwile porozmawiać.
-Oczywiście już go wołam.- odwrócił głowę w stronę okna. Przez moment patrzył w nie, po czym spojrzał na mnie.
-No słucham.
-To z tobą wtedy rozmawiałam.- nie odpowiedział.-Człowiek nie jest wstanie wstrzymać oddechu do tego stopnia by się udusić. Po utracie przytomności organizm sam zacząłby oddychać.- odświeżyłam mu pamięć.
-Nic się przed tobą nie ukryje.
-Nie na długo.
-Zastanowiłeś się, chociaż co by się stało gdyby Mary nie zdążyła was złapać? Mogliście tam zginąć obaj. Mogłeś go zabić.  Po co ci był ten cały cyrk?
-Ja naprawdę chce stąd odejść.
-Czemu?
-Bo to, że kogoś kochasz nie znaczy, że masz prawo zatruwać mu życie...-zamrugał szybko i potrząsnął głową.-Przykro mi Ines, ale wygląda na to, że Alex'owi brak humoru do rozmów.
-To nic i tak nie miałam do niego więcej pytań.
-No to może wypijemy tą obiecaną prze zemnie kawę?
-Innym razem. Muszę wracać do WBBA.
Odebrałam swoje rzeczy od portiera.
-Ines?- jeszcze jedna taka sytuacja i przysięgam zacznę sądzić, że mnie śledzi agent z Bożej łaski.
-O. Otori nie spodziewałam się sie ciebie tutaj. -przywitałam się miło.
-Ja wręcz przeciwnie. Szukałem cie. -powiedział podchodząc bliżej.
-W, jakiej sprawie?
-Myślę, że powinniście wyjechać na jakiś czas. Zmienić otoczenie. Zdystansować się.
-Tak, to dobry pomysł.
-Poszukam wam jakiegoś zadania poza miastem.
-Dziękuje, zostawienie ich bez zajęcia to najgorsze, co można im zrobić.
-...Ines.
-Tak?
-Nie jesteś z kamienia.
-Dzięki z info...
 
Rozdział 18 za nami. Nie znam słów jakim mogła bym sie tłumaczyć. Mam po prostu nadzieje, ze ktoś tu jest.
No to ja się z wami żegnam.
Do następnego posta.
Hania 

czwartek, 29 marca 2018

Beyblade po mojemu (S. 2 R. 17)

Rozdział 17

Kelly

-Kyoya ja umieram i jeśli nie chcesz do mnie dołączyć to musimy stąd uciekać. Teraz. - Tategami przez chwilę się wahał poczym chwycił mnie w pół. Przebiegł tak kawałek poczym dosłownie wskoczył na motor i szybko go odpalił.
-Lion!- Rykną przywołując swojego bey’a, a gdy tylko ten znalazł się w jego dłoni ruszyliśmy z piskiem opon.
Pająki nawet na moment nie straciły nas z oczu. Ściskając mocno Kyoye tak samo nogami jak i rękami patrzyłam z przerażeniem jak powalony przez Tategamiego pająk wstaje z ziemi i rozkazuje reszcie rzucić się za nami w pogoń. Pierdolone nie umarłe ninja chuje.
Samym uciekaniem nic nie zdziałamy. Trzeba ich będzie wystrzelać. Odsunęłam suwak kurtki Yoyo i zaczęłam na ślepo szukać jego kuczera.
-Co ty robisz!?- Wiele sarkastycznych tekstów z cyklu ‘’Gwałcę cie, a czego się spodziewałeś?’’ Cisnęło mi się na usta, ale cos podpowiadało mi, że to nie najlepszy moment. Więc rzuciłam tylko:
-Patrz na drogę.- Odpięłam wyrzutnie i teraz dla odmiany szukałam Liona.  W futerale przy pasku go niebyło. Kyoya musiał dalej go ściskać w dłoni.
-Daj Liona.
-Co?
-Ścigają nas. Ja się nimi zajmę, a ty po prostu jedź.
-Dobra.- Wreszcie dostałam bey'a do ręki, szybko załadowałam (o mało nie wypuszczając go na jezdnie) w samą porę pierwszy widać najszybszy pająk wylądował na tylnym siedzeniu.  Uderzyłam go rączką kuczera w puls zatoczył się, ale nie puścił wtedy strzeliłam. Lion zepchnął przeciwnika z motocykla prosto na asfalt.
Co jest? Miał go... No tak to, że ja strzelam nie znaczy, że będzie mnie słuchał. Uparta bestia. Przywołam tego osła i ponownie załadowałam.
-Są przed nami.- Jakim cudem!?
Gwałtownie odchyliłam się do tyłu i strzeliłam miedzy rękami Yoyo.
-Królewskie uderzenie przeciwnego wiatru! – Rykną Kyoya, a gigantyczne zielone tornado wgniotło pająki w asfalt.
-Ha ha! Dobrze wam tak! - Roześmiałam się głośno patrząc jak się męczą.
-Trzymaj się wariatko!- Motocykl skręcił gwałtownie w cienką uliczkę. Opony pisnęły i wystrzeliły fontanną błota i brudnego śniegu.
-Łiiiiii.
-Mówiłem, że masz się trzymać.- Yoyo puścił kierownicę złapał mnie za przód kurtki i posadził do pionu.
Przywołałam bey'a i zaczęłam rozglądać się s się za następnymi przeciwnikami.
-Chyba ich zgubiliśmy. -Powiedziałam opuszczając kuczer, na co Kyoya lekko zwolnił.-Skręć w następną w twoje prawo. Nie zapuszczają się tam. Dla jasności mówię o tym drugim lewo.
-Tam znaczy gdzie?- Zapytał skręcając.
-U mnie.

***
Otworzyłam drzwi. Ryugi niema w mieszkaniu.
 Ku mojemu zdziwieniu w salonie zastałam porządek.
 Hym pewnie poszedł trenować czy coś. W mieszkaniu zostało mało rzeczy do zdemolowania, a na czymś w końcu musiał się wyżyć.
-Jak to się mówiło? Witam w moich skromnych progach? Przepraszam za bałagan?- Machnęłam ręką i rzuciłam kurtkę na fotel.- Jakoś tak. Do łóżka cie nie wpuszczę, ale kanapa jest cała twoja.
-No dobra. Co to miało być?
-A, bo ja wiem?- Mruknęłam odchylając lekko zasłonę i zerkając przez szybę.- Może mają uraz, że pozbyłam się kilku ich....‘’Ludzi’’.
-Nie o to pytałem. –Warknął odciągając mnie od okna.- Dlaczego wtedy powiedziałaś, że umierasz? - Oczy Yoyo były na mnie złe do tego stopnia, że nawet mój łobuzerski uśmieszek nie miał ochoty stawać im na drodze.
-Nie wiem… Coś jest zemną nie tak, ale nie wiem, co? Nikt nie wie. Jestem słabsza niż dotąd, byle uderzenie może mnie zaćmić, dostaje lodowatych dreszczy, które potrafią mną trząść całą noc. Ja wiem, że umieram…, a gdybyśmy tam zostali dołączyłbyś do mnie. Więc się ciesz, że przynajmniej jedno z nas miało na tyle siły i rozumu by nas stamtąd wyciągnąć.- Zakończyłam z typowa dla mnie wredną nutką i czekałam na jego reakcje.  Nie wiem, dlaczego powiedziałam mu to wszystko. Może po prostu wiedział za dużo, żeby go teraz okłamać.
- Masz nasrane we łbie to jest z tobą nie tak.- Powiedział w końcu puszczając przy tym moje ramie.
- A ja głupia oczekiwałam, że dotrze do ciebie coś więcej.- Parsknęłam.
-Byłaś z tym u lekarza?
-W WBBA mnie badali i nic nie znaleźli.
-A powiedziałaś im, czego mają szukać? Mówiłaś komukolwiek, co się z tobą dzieje?
-Ryudze.
-I?
-I nic. Zamiast zdychać z zimna na słonecznej plaży zdycham w ojczystym kraju.
-Powiedziałaś mu to tak samo jak mi teraz?
-Powiedziałam, koniec tematu.- Milczał dłuższy moment mierząc mnie wzrokiem.
-Jutro zabieram cie do lekarza.
-Że, co proszę!?-Pisnęłam zdziwiona.
-Idziemy do lekarza.
-Gówno mi lekarz pomoże. -Burknęłam bojąc się, że głos znowu postanowi spłatać mi jakiegoś figla.
-Tak samo jak użalanie się nad sobą.
-Raz się kurwa powiedziałam, co mi na wątrobie leży i od razu się użalam. Wiesz, co? Pieprz się!- Jego mina nie zmieniła się ani trochę.
No dobra jak nie kijem to marchewką. Niech myśli, że wygrał.
-Pffff dobra ….Jesteś głodny?  Wy kuchni powinno zostać jeszcze trochę obiadu także nie krępuj się. –Rzuciłam idąc do pokoju obok po jakieś ciuchy.
Zapaliłam światło i sadziłam głowę do szafy. To miałam na sobie wczoraj, to powinnam wywalić, a to blech śmierdzi i powinno być w koszu na brudy. Kupiłam sobie Ryudze taką fajną hawajską koszule na naszej ostatniej wycieczce. Nie ma jej na wieszaku. Hym chyba jeszcze jej nie wypakował. Moment. Gdzie jest ta zgniła torba?
Chwila czy on… Nie, nie zrobiłby mi tego.
Jego dokumenty też zniknęły tak samo jak gotówka.
Zostawił mnie tu.
Może jeszcze go złapie. Jeśli się pośpieszę zdążę na następny samolot. Pożyczę od Kyoy sprzęt i i i...
Zatrzymałam się z dłonią zaciśniętą na klamce.
Nie.
"Nikt cie za mną na siłę nie ciągnie! Nie potrzebuje twojej litości! Nie potrzebuje jej! Rozumiesz!? Twoich obaw, ani twojego wahania!"
Nie potrzebuje mnie. Tak samo jak ja nie potrzebuje jego.
Nie chce być ze mną. Dobrze.
Chce zrobić to sam?... To już nie mój problem.
Przywołałam usta mój kochany krzywy uśmieszek i nacisnęłam klamkę.
-O Yoyo. Jeszcze tu jesteś?- Zapytałam zaglądając do kuchni.
Kyoya siedział przy stoliku i wsuwał rybę z ryżem.
-Spierdalaj.-Mruknął między kolejnymi porcjami.
- Nie mówi się z pełną buziom. - Zaśmiałam się.
Zerknęłam na kuchenny zegar z czarnym kotem łypiącym na boki. Późno już trzeba zrobić kompiu kompiu i iść lulu.
-Jakaś pierzyna powinna być w kanapie.-Rzuciłam idąc do łazienki.  
 Ulala. Dziewczyno grzebień ma zęby, ale nie gryzie. Wiesz o tym?
Przeczesałam dłonią włosy i z przerażeniem zauważyłam jak cały ich pęczek upada do umywalki. Niech go szlak było blisko.
Rozebrałam się ze wszystkiego od pasa w górę i przejrzałam śladowi po uderzeniu. Zaczął już sinieć. Zaraza.  W połowie mostka rozlewała się fioletowa plama, pośrodku której widniał jakiś symbol spojrzałam w lustro, żeby się mu lepiej przyjrzeć.
クモ- pająk dokładnie to wybito na moim ciele.
Czy to tak się zaczyna?
Gdyby nie Yoyo zabraliby mnie wyprali w wypluli z powrotem? Nie, na pewno nie. Zbierz się do kupy Kelly to tylko siniak zresztą i tak nie masz teraz czasu na ten bull shit.
***
Białe niebo.
Białe płatki śniegu.
Białe drzewa.
Białe dachy.
Białe ulice.
Białe huśtawki.
Białe zjeżdżalnie.
Białe obłoczki, w które zmienia się ciepły oddech.
Słowem zima.
-Ryuga. Ryuga! No pospiesz się no! Bo zaraz tu się Zamienie w kupkę śniegu!- Przez do tej pory niczym nieskalaną biel trawnika przebiegła dziewczynka ubrana w grubą wiśniową kurtkę na głowę wciśniętą miała czerwoną czapkę z gigantycznym pomponem, który zabawnie podskakiwał za każdym razem, gdy jego właścicielka ruszyła głową.
-Przecież idę!- Odkrzyknął jej chłopak poczym wcisnął głowę między ramiona.
-No właśnie! Idziesz, a przecież powinieneś biec!- Dziewczynka przebiegła niewielkie kółko i upadła w jego środek.-Kocham śnieg!- Zaczęła machać rękami i nogami.
-Śnieg jest fajny tylko i wyłącznie na zdjęciu.-Stwierdził chłopak pochylając się nad dziewczynką.
-Podnieś mnie.-Ręka dziewczynki powędrowała w górę.
-Sama się podnieś.
-Oj weź. Dalej się boczysz o to, że nie mogłeś mnie trafić tą śnieżką?
-Nie.
-To mnie podnieś.
-Nie. Sama się podnieś.
-Popsuje orła...No Ryuga. Proooooszę.- Uśmiechnęła się przymilnie.
Chłopak wywrócił oczami, złapał wyciągniętą ku niemu dłoń poczym wyrżnął twarzą w śnieg.
-Tfu! Asik! Głupia jesteś!- Krzyknął wysmarkując śnieg z nosa.
-Hahahaha! Ty też.- Roześmiała się dziewczynka.
***
Obudziłam się.  Coś działo się w salonie. Słyszałam czyjś stłumiony głos i odgłosy szarpania. Policzyłam palce. Po dziesięć u rąk i nóg. Na niebie jeden księżyc.  Leże na futonie przykuta do kaloryfera.   Jak dotąd wszystko ma sens.
Wyciągnęłam kluczyk spod poduszki i rozkułam kajdanki.
Cichutko jak kot weszłam do salonu. Nie znalazłam tam niestety włamywacza zamiast niego moim oczom ukazał się miotający się po kanapie Kyoya.
Podeszłam bliżej.
-N..nie… zostaw m… - Wygiął się tak jakby kanapa g parzyła, ale nie mógł z niej zejść. Jakby go coś trzymało. 
-Ej Yoyo.- Złapałam go za ramie i delikatnie potrząsnęłam.- Yoyo obudź się.
Nagle wyrwał się ze snu i próbował chwyci mnie za gardło. Na całe szczęście nie trafił.
-Hej spokojnie to ja-powiedziałam próbują odczepić jego dłonie od mojej piżamy.
-Kelly?- Zapytał chyba jeszcze nie do końca przytomny. 
-Nie, święty Walenty. Puszczaj mnie.- Warknęłam ostatecznie wyrywając się z uścisku i wygładzając pomięte ubranie.
-Co ty tu robisz?  
–Chciałam cie obudzić. Strasznie chrapiesz, wiesz?
-Już nie chrapie, więc możesz już iść.
-W sumie.- podniosłam się z kanapy i już miałam wychodzić, ale wtedy wpadłam na pomysł. - Chcesz obejrzeć film?
-A dasz mi spokój jak go obejrzę?
-Nawet wiekuisty.  
-Dobra. – wyszczerzyłam się.  

Podobno pierwsze 24 godziny rzucana nałogu są najtrudniejsze. Potem już tylko bezsenność, bóle głowy, niczym nieuzasadniony lęk, napady agresji z towarzyszącym jej brakiem koordynacji ruchowej, wzrokowe omamy, halucynacjie i utraty świadomości. Nie powinnam tego googlować.  No nic przynajmniej Yoyo ma na tyle lekki sen, że raczej nie uda mi się stąd wylatykować. O ile nie zacznę chrapać.

Rozdział 17 za nami.Ten rozdział miał wyglądać zgoła inaczej, ale chyba to dobrze, że jednak zdecydowałam się go zmienić.  Święta sie zbliżają wiec chciała bym życzyć wam z głębi mojego serduszka wszystkiego najlepszego, smacznego jajka mokrego dyngusa i przede wszystkim dużo zdrowia i szczęścia bo co wam po zdrowiu jak wam na głowę spadnie cegła.:)
O i mam pytanie. Czy ktoś z was wybiera się może na tegoroczny Pyrkon, albo Comic Con?
No to ja się z wami Żegnam.
Do następnego posta.
Udanej przerwy świątecznej.
Hania.

czwartek, 22 lutego 2018

Beyblade po mojemu (S.2 R.16)


Rozdział  16

Mary

-No i wtedy on kazał mi spieprzać. Uwierz byś w to?
Razem z Alex’em siedziałam w restauracji i jedliśmy późny obiad względnie wczesną kolacje. Uparł się, ze musi  mnie przeprosić za to co stało się wczoraj tak jakby miał z tym cokolwiek wspólnego.  Kelly miała rację Alex jest po prostu chory i trzeba go leczyć, a nie się wściekać.
-Może po prostu się o ciebie martwi.-  Usprawiedliwiający wszystko i wszystkich głos Alex’a sprowadził mnie powrotem na ziemię.  
-Jasne.- Prychnęłam. –Jakby nie wiedział, że ze mną trzeba pracować, kiedy tylko się da, żeby cokolwiek z tego wyszło.  – Chłopak uśmiechną się do mnie z wyrozumiałością.
-Jestem pewny, że jeszcze się dogadacie. W końcu, kto przebywa z wilkami, nauczy się wyć.
-Może i masz racje.- Mruknęłam grzebiąc pałeczkami w misce.
-Hej Mary. Głowa do góry.  Jak zjemy to cie jeszcze gdzieś zabiorę. – obiecał.
***
Gdy już mięliśmy wychodzić Alex wziął mnie za rękę i pociągnął  w stronę drzwi z wielkim napisem „wejście  tylko dla personelu” pokręciłam gwałtownie głową.
-Al…nie ja…my nie.- Zaczęłam łapać pojedyncze spojrzenia Lidzi siedzących przy stolikach. Jeśli zaraz się nie uspokoimy to zrobi to ochrona. Podałam się i poszłam z nim.
- Rób to, co ja. –Powiedział uśmiechając się do mnie i podając mi pustą tackę z wysokiego wózka na kółkach.
Przeszliśmy przez gorącą i pełną najróżniejszych zapachów, od których kręciło mnie w nosie kuchnie trzymając tacki wysoko tak, żeby nikt nie mógł dobrze przyjrzeć się naszym twarzą zbierając przy tym kilka zamówień i szubko przekazując je prawdziwym kelnerom. Za kuchnią znajdowały się wysokie schody zapewne przeznaczone dla personelu galerii, w której znajdowała się galeria. Alex nie zatrzymał się nawet na chwilę tylko szybko pobiegł po nich na górę przeskakując, co drugi schodek. Nie zastanawiając się pobiegłam za nim. Czułam się trochę tak jakbyśmy znowu byli dziećmi. Wypadliśmy na pokryty grubą warstwą białego puchu dach galerii rozciągał się stamtąd wspaniały widok mieszanina świateł odbijających się w płatkach śniegu tworząca różową otoczkę wypełniającą ulice i w pewien sposób oddzielająca nas od reszty ludzi.
-Mary pamiętasz jak wchodziliśmy na altankę w ogrodzie?- Zapytał szatyn zerkając w duł na ulice pełne ludzi.
-Tak, rodzice zabraniali nam tam wchodzić, bo niszczyliśmy dach. –Posłał mi uśmiech.
-Zawsze bałem się z niej skoczyć.- Zerknął jeszcze raz w dół. - A wiesz, że chyba mi przeszło?
- Alex, o czym ty...-Zanim zdążyłam dokończyć zdanie chłopak wskoczył na niski murek oddzielający bezpieczną przestrzeń dachu od przepaści.
-Alex zejdź.- Poprosiłam.
-Czemu?- Zapytał od tak sobie.
-Jest ślisko jeszcze spadniesz albo coś.
-No, co ty nie powiesz.-I wtedy to do mnie dotarło. Mój Alex od najmłodszych lat miał wręcz paniczny lęk wysokości. Właśnie, dlatego to ja zawsze musiałam włazić na drzewa po koty, kiedy go zjadały nerwy pod drzewem.
-Złaź stamtąd Hyde. –Warknęłam.- To nie jest nawet trochę zabawne.
-No proszę. Jednak się zorientowałaś. Byłaś tak skupiona na sobie, że już myślałem, że będę musiał cie oświecić.
-Zostaw nas samych śmieciu.
-Bardzo bym chciał możesz mi wierzyć na słowo. Niestety tak się składa, że przez ciebie nie ma takiej opcji.
-Złaź stamtąd do kurwy nędzy i wypierdalaj.
-Bo, co?
-Bo was zabijesz.
-W sumie, czemu nie? Czemu mam tego wszystkiego nie skończysz? Tu i teraz? Hym? Wystarczy tylko, że zrobię krok do przodu.- Podniósł nogę.  
-Zabijesz się!- Krzyknęłam,
-I, co z tego!?- Ryknął na mnie obracając się gwałtownie. Był wściekły.
Co się dzieje? To sen? To musi być sen. To nie może być prawda. Nie chce, żeby tak było. Nie chce, żeby od tego, co powiem zależało czyjeś życie, a już na pewno nie jego.  Życie Alex’a tego biednego chłopca, który pomagał mi ściągać koty z drzewa, martwił się o łobuzów z naszej szkoły, a je nie jestem w stanie nic zrobić nawet wydusić z siebie słowa.
-Chcesz wiedzieć, czym jestem?  Powiem ci!  Jestem każdym koszmarem, jaki Alex wyśnił przez ciebie! Jestem jego strachem i nienawiścią! Ścierwem, które nie może odejść z tego świata bez względu na to jak bardzo bym tego chciał!- Po jego policzkach zaczęły spływać perliste łzy. - Wiesz, dlaczego wczoraj poszedłem do tej dziewczyny, u której mnie widziałaś!?  Byłem się pożegnać! -Stopniowo schodził z tonu. -Tak pożegnać, bo z każdym pierdolonym dniem mam coraz bardziej dosyć. Biorę nawet te psychotropy, które miały mnie zabić, ale gdy tylko mnie osłabią na tyle bym nie mógł wziąć kolejnej dawki wszystko zaczyna się od nowa. Dlatego proszę cię… Proszę zabij mnie.
-Ale ja nie wiem jak.- Zaśmiał się, a łzy w jego oczach momentalnie wyschły.
-Kłamiesz. – Wypluł to słowo z siebie z taką pogardą i nienawiścią, jakiej jeszcze nigdy nie słyszałam.  Odwrócił się do mnie plecami i spojrzał w dół.   
-Nie rób tego!- Słyszałam dobiegające od ulicy wycie syren.  Ktoś musiał go zobaczyć i zadzwonić po pomoc.  Teraz wystarczy, że zatrzymam go na tyle długo by zdążyli go ściągnąć.
-Zabij mnie.-Jeszcze tylko chwila.
-Stój.- Już słyszę jak biegną po schodach.
-Zabij mnie w końcu!- Zatrzymaj się tylko na moment.
-Stå!- Wrzasnęłam. Alex zachwiał się niebezpiecznie na krawędzi z zatrzymał. Dosłownie zawisł w miejscu.  Szybko podbiegłam do niego i wciągnęłam go z powrotem w głąb dachu.
W głowie szumiało mi z emocji, a w ustach czułam metaliczny smak krwi. Opadłam na śnieg obok nieruchomego Alex’a oddychając szybko.  
Co ja mu zrobiłam? Co on chciał zrobić? Czy on naprawdę był gotów stamtąd skoczyć?  -Pytałam siebie patrząc na bladego chłopca, którego policzki nos pokrywały drobne piegi.
-Przepraszam.-Szepnęłam.  
Świat wirował mi przed oczami, kiedy podnosiłam się z ziemi. Musiałam stąd odejść.  Jeśli zostanę znajdą mnie i zaczną zadawać pytania.  
Pchnęłam drzwi prowadzące na klatkę schodową. Schodziłam powoli trzymając się poręczy. Mijałam zastygłych w bezruchu policjantów. Ja to zrobiłam?
Wyszłam na ulice mnóstwo ludzi stało wokół ze wzrokiem wpatrzonym w jeden punkt
- På  strömmen ligga hos mig av udarna flytta.- Powiedziałam
-Co się stało? Gdzie on jest? Skoczył?- Pytali przechodnie.
Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Bo niby skąd mogli wiedzieć, że jestem jedną osobą, która wie, co się tam stało. Chociaż z drugiej stron czy ja rozumiem z tego cokolwiek? To wszystko, co mówił czy naprawdę miał to na myśli? Chciał się zabić?
Nie. On chciał, żebym to ja go zabiła.
Powłóczyłam nogami pół przytomna nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół mnie. Powoli krok po kroku dowlokłam się do miejsca, w którym nikt nie zadawał zbędnych pytań.
-, Co podać?
-To, co zawsze.- Mruknęłam siadając przy barze.  
***
To mój telefon tak dzwoni? Zdaje się, że tak. Sięgnęłam do kieszeni i wyciągnęłam z niej komórkę.
Ines? Czego ona może chcieć? 
-Mary!?  Słyszałam, co się stało. Wszytko z tobą w porządku?- Skrzywiłam się. Drażnił mnie jej głos, jasność ekranu i to, że przypomniała mi o tym, o czym przyszłam zapomnieć.
-Daj mi spokój. –Mruknęłam opróżniając szklankę i z brzdękiem odstawiając ja na blat.
-Czy ty…? Mary nie! Ani mi się …-wcisnęłam czerwoną słuchawkę, przez co telefon wypadł mi z ręki i upadł na ziemię.
-Adjö.- Zaśmiałam się patrząc w ślad za nim jednocześnie dając znak barmanowi, żeby mi dolał.
Barman zajął się moim zamówieniem, ale zamiast odejść zaraz po tym, gdy tylko lód zaczął stukać o brzegi szklanki przeszedł do klienta obok. Z braku lepszego zajęcia powiodłam za nim wzrokiem, jakie było moje zdziwienie, kiedy na miejscu obok mnie zauważyłam Ryuge.  Bez korony bez ogromnego ochraniacza bez peleryny wyglądał jak całkiem normalny facet.  Obok niego leżała spora wypchana po brzegi zgniło zielona torba.    
-Spadaj stąd Kishatu mam dzisiaj zły dzień.- Mruknęłam.
Ryuga spojrzał na mnie kontem oka powoli odstawił szklankę na blat i powiedział.
-Po pierwsze to ty dosiadłaś się do mnie, a po drugie nie masz pojęcia, co to znaczy mieć zły dzień.
Wstrętny nadęty burak. Nic o mnie nie wie. Nie ma pojęcia, przez co przeszłam.  Za to ma czelność osądzać dosłownie każdy aspekt mojego życia.
-Mój najlepszy przyjaciel błagałbym go zabiła.-Wypaliłam ze złością.  
-Posłałem do diabła jedna osobę, której na mnie zależy.- Warknął.
Może to przez alkohol, ale zabrzmiało mi to jak wyzwanie.
-O tym, ze jestem adoptowana dowiedziałam się, gdy na lekcji przyrody w podstawówce przy tablicy oświadczyłam, że ciąża u kobiet trwa trzy miesiące.-Obrócił tak żeby siedzieć zemną twarzą w twarz, a jego usta wygięły się w drwiącym uśmiechu.
-Gdy miałem trzynaście lat kazali mi opętać mroczną moc w Internecie możesz sprawdzić, co z tego wyszło.
-Ludzie tracą zmysły, gdy grają przeciwko mnie.- Przez chwilę po prostu patrzył mi w oczy. Nie wiem, co tam zobaczył, ale kiedy przestał powiedział tylko:
-...A może jednak masz.- I na powrót zajął się szklanką
Wygląda na to, że wygrałam konkurs, kto miał bardziej przejebane...Hura. 
- Wyjeżdżasz.- Ni to spytałam ni to stwierdziłam odstawiając na blat pół pustą szklankę.
Skinął głową.
-Dokąd? – Wzruszył ramionami. – Brzmi jak plan.- Sarknęłam obracając w palcach szklankę i obserwując unoszące się na powierzchni drinka kostki lodu.
Tak właściwie to nie jest wcale zły… ten plan. Po prostu tak wstać i iść w cholerę.  Rzucić to wszystko i zacząć od nowa gdzieś tam hen daleko. 
Zaśmiałam się cicho, rozbawiona żałosnością moich pijackich planów.   



Rozdział 16 za nami. Pomysl na ten rozdział wpadł mi mniej więcej w pod koniec oglądania filmu Fight Club, a że pierwsza zasada fight klubu to nigdy nie mówić o fight klubie powiem tyle, ze go polecam. Powoli wracam do stałego rytmu życia więc rozdziały też powinny wrócić do swojej normy.
Głos z tyłu głowy: Ciekawe rzeczy nazywasz normą.
Zastanawia mnie ile osób sie spodziewało, że Alex'owi się pęknie. 
Ines: Mówisz tak jakby to było oczywiste.
Mam nadzieje, że nie było.
Mary: W dupe sobie wsadź swoje mam nadzieje. 
No to (tym optymistycznym akcentem) ja sie z wami żegnam.
Do  następnego posta.
Hania.  


środa, 14 lutego 2018

Zły dzień (Walentynki 2018)

Kelly: Czternasty lutego! Wiecie co to znaczy?
Mary: Że przesadnie się cieszysz?
Kelly: Nie! Kelsi zakładaj spodnie idziemy na film! 
Ines: 50 twarzy informatyka? 
Kelly: Neeee e. Black panter. :) Kelsi pospiesz sie! Chce wyjść zanim Hania przytargoli tu wenę albo kupidyna.
Alex: Nie przesadzaj. W tym roku większość z nas ma wolne.
Kelly: Miło, że ktoś mi powiedział wcześniej. Z czego się cieszysz? Zaplanowałeś coś?
Alex: Można tak powiedzieć.
Kelly: Co?
Alex : Nie interesuj się.
Kelly: *pokazuje mu język*
Ja: No dobra walentynki 2018 czas zacząć. 

Zły dzień.

Twarz to pierwsze, na co ludzie zwracają uwagę, kiedy na kogoś patrzą. Wyraża emocje. To właśnie na niej odbiją się wszystkie przeżyte lata.  Wszystkie, życiowe doświadczenia. Drobne zmarszczki  
Jestem płatnym mordercą.
Za pieniądze zabiłam więcej ludzi niż jesteście to sobie w stanie wyobrazić nie odsiadując przy tym nawet dnia. Przez moje ostatnie zlecenie otarłam się o Śmierć. Powiedziała mi, że nie umrę dopóki nie zacznę żyć. Mieszkam teraz w domu gdzieś na przedmieściach Tokio razem z niepokojąco szybko rosną liczbą kotów i zoofilem, a na mojej pokrytej bliznami twarzy pojawia się uśmiech z każdym razem, gdy wyobrażę sobie minę moich sąsiadek, które w jakiś niewyjaśniony sposób dowiedziałyby się o którejkolwiek z tych rzeczy.
Syknęłam z bólu, bo przez ocierającego się o moje ramie Gokane władowałam sobie szczoteczkę od tuszu do oka.
-Ty mały wstręciuchu! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mi nie przeszkadzał jak się maluje?- Ochrzaniłam kota, który jak zwykle miał w głębokim poważaniu to, co do niego mówię.
-To, ze cie rozumie nieznaczny, że będzie cie słuchał.- Zawołał Johanes z drugiego pokoju.
-Ha. Ha. Za to ty byś mógł wiesz. –Od krzyknęłam wracając do przegranej czynności.
-Wybierasz się gdzieś?- W lusterku zobaczyłam jak Johannes do mnie zagląda.
-O tym właśnie mówiłam. Ty mnie nie słuchasz.-Pokręcił głową z rozbawieniem.-Jestem u mówiona ze starym znajomym. Ma coś dla mnie.
Wyszłam z domu szłam spokojnym krokiem miałam jeszcze dużo czasu, żeby dotrzeć na miejsce. Spokojnie minęłam dom, w którym kiedyś mieszkałam z moja matką. Wprowadziła się tam rodzina z dwójka dzieci. On jest, a ona zajmuje się domem. Mili ludzie.    

Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole again

-Ahoj marynarzu. –Przywitałam się widząc z daleka mojego znajomego.
Wysoki muskularny opalony mężczyzna zsunął ciemne okulary przeciwsłoneczne z nosa i spojrzał na mnie tak jakby pierwszy raz w życiu mnie widział. Zawsze nosił te okulary czy było słonecznie czy nie.
-Dutch, wiesz, że to nie ładnie tak się gapić?
-Loulian?- Uśmiechnęłam się.
-Teraz Glimer, ale mniejsza z tym. Co z moim małym zamówieniem?
-Rewolwer kaliber 50.-Powiedzial otwierają przede mną walizkę.
-Zgadza się.- Wzięłam do ręki broń włożyłam ja do torby.  
-To znaczy, że wracasz na rynek.
-Nie i jeśli ktokolwiek zapyta o mnie to powiedź mu, że jestem niezaprzeczalnie martwa.
-W takim razie, po co ci broń wkraczająca poza limit kalibru?
-Do obrony. Jakbyś się jeszcze nie zorientował żyjemy w strasznym świecie. - Rzuciłam odchodząc.
-Po Tokio pałętają się niedźwiedzie?- Zawołał za mną.
-Gorzej, bleyderzy. - Odparłam zbyt cicho by mógł mnie jeszcze usłyszeć.

Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am young again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am fun again

Kurczę, kurczę, kurczę, dlaczego nie mogłam sobie darować tych obcasów. Biegłam małymi kroczkami próbując zdążyć na metro, do którego wsiadła już większość ustawionych w równy grzeczny szereg pasażerów. Przy samym końcu schodów prawy obcas stwierdził, że ma dosyć i złamał się, ja poleciałam jak długa na posadzkę, a metro odjechało.
Szlak by to.
Szybko podniosłam się z ziemi i pokuśtykałam do ławki oceniać straty. Poza złamanym obcasem poszło mi oczko w rajstopach i teraz od kostki do samego uda biegła długa jasna linia.  Zdjęłam zniszczonego buta i zaczęłam szukać w torebce jakieś taśmy alb kleju czegokolwiek by jakoś złożyć to do kupy na tyle, żebym mogła wrócić do domu.
- Wszystko w porządku?- Na dźwięk tego głosu oblał mnie zimny pot.  Znałam ten głos i to bardzo dobrze. Ten głos mówił mi kiedyś ‘’kochanie’’.  
 -P…- wydukałam podnosząc głowę.
-Hym? – Mruknął uśmiechając się. Postarzał się. Ile to już lat? Osiem? Dwanaście?  Co on tutaj robi? Przypłynął z Duch’em? Ma tu zlecenie?
-Zdaje się, że ci to wypadło.-Powiedział podając mi książkę
 Nadal ma te morsko zielone oczy i ten swój kilku dniowy zarost.
- Morderstwo w Orient Expressie. Lubisz kryminały?
On mnie nie poznaje.  Nie wiedziałam, co zrobić. Uciec? Zostać? Śmiać się? Krzyczeć?  Czułam kujący ból w piersiach zapowiadający kolejny atak.  Musiałam wziąć moje leki.
Trzymając się za serce podniosła się z ławki.
-Hej zaczekaj.- Zawołała za mną Percy.- Zapomniałaś…
Nie słuchałam go biegłam boso z jednym butem w zaciśniętej pięści. Resztę drogi do domu przebiegłam.  Dysząc wpadłam do domu strasząc przy tym koty.  Leki były w kuchni w szafce. Kurczowo trzymając się ściany przeszłam do kuchni.  Z pomiędzy leków przeciw bólowych wyciągnęłam plastikowy zakręcony słoiczek i osunęłam się na podłogę.  Moje ręce trzęsły się niemiłosiernie pudełko grzechotało w dłoniach uparcie nie chcąc się otworzyć. Oczy zaczęły zachodził mi łzami. Jakim cudem po tylu latach nadal nie wyleczyłam się z tego drania? Dlaczego sam jego widok może doprowadzić mnie do takiego stanu? Przecież to nawet nie ja go kochałam. Powinnam go zabić, kiedy jeszcze byłam w stanie.
Poczułam jak ktoś mnie obejmuje i przykrywając moje dłonie swoimi otwiera pojemnik. Rozpłakałam się na dobre.
-No już. Wypłacz się. Spokojnie. Będzie dobrze. – Johanes mówił do mnie spokojnym głosem głaszcząc po głowie.  
-Gówno, a nie będzie dobrze. Ze mną nigdy nie było nie jest i na pewno nie będzie dobrze. -Wyjąkałam łykając łzy i odpychając go od siebie.- Ty nie rozumiesz jak to jest być mną. Nie mogę być pewna niczego. Co myślę, co czuję? Niczego! Skąd mogę mieć pewność, że nie kopiuje pierwszej lepszej napotkanej na ulicy kobiety, kogoś z Internetu, ciebie, albo tego kota!? Jestem z tobą i wydaje mi się, że mi na tobie zależy, ale nie mogę ci zagwarantować, że robiąc zakupy nagle nie znaczę kopiować kogoś z innego miasta, albo kraju i nie postanowię wyjechać w tej chwili, bo będzie mi się wydawać, że tam powinnam być.
-Wstań. -Powiedział.
-Spadaj na kaktus.-Postawił mnie na nogi.
-Spójrz w lustro.-Podniosłam wzrok. Przekrzywiona peruka odsłaniała blizny powyżej czoła. Tusz do rzęs tak samo jak eyeliner  spływał mi po policzkach ciemnymi strugami. Szminka przez nerwowe zagryzanie wargi częściowo została przeze mnie zjedzona, a to, czego nie zjadłam osadziło mi się na zębach w postaci czerwonych smug. - Popatrz jej w oczy. Spotkałaś ją kiedyś?
-Johannes to nie ma sensu...
-Znasz ją? Dobrze wiem, że pamiętasz wszystkich, których w życiu spotkałaś. Patrzyłaś kiedyś w te fioletowe oczy?
-Nie pamiętam.
-Skoro nie pamiętasz to znaczy, że nikogo nie kopiujesz to znaczy, że jesteś sobą.- Nowa porcja łez popłynęła po moich policzkach.- No już. Choć zmyjemy ci z twarzy to świństwo.
-To nie jest świństwo. Tylko bardzo drogie kosmetyki.
-Jak uważasz.- Szatyn wziął mnie na ręce, przeniósł przez próg łazienki i posadził na stoliczku.
-Ty chyba to lubisz.-Powiedziałam czując na swojej skórze miękką gąbkę.
-Nie lubię jak masz ten cały makijaż na sobie.- Ciepła woda ścierała z moich policzków ślady łez.
-A ja nie lubię nie mieć tego całego makijażu na sobie.- Uśmiechnął się smutno.
- No dobrze, a teraz powiesz mi, co się stało?
-Złamałam obcas, poszło mi oczko w rajstopach, spóźniłam się na metro, spotkałam swojego byłego, a on mnie znowu nie poznał i chyba zostawiłam książkę na ławce.
-No już. Każdemu może się przytrafić gorszy dzień. To nie jest powód, żeby się załamywać.-oparłam głowę na jego ramieniu. 

-Taki facet jak ty nie zasługuje na złe dni.

However far away
I will always love you
However long I stay
I will always love you
Whatever words I say
I will always love you
I will always love you

Koniec 

Hy hy, a teraz mała zagadka. 
Co to:




Damian Heart*ta bum tsss* 
Co tam u was? Przed feriami po feriach w trakcie ferii? Ja swoje już skończyłam Województwo Łódzkie pozdrawia. Mam nadzieje, ze miło spędziliście walentynki, a jeżeli jesteście trochę nimi przygnębieni to pamiętajcie, że...
Ines; W inne dni roku tez was nikt nie kocha.
Ja: Ines!
Ines: No co zażartować nie można?
Ja: Nie przerywaj mi. Chciałam powiedzieć, że chce żebyście pamiętali, że ja was kocham z to, że po prostu jesteście. ^.^ 

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Wesołych Świąt 2017

Kelly
Zawsze uważałam zimę za magiczna porę roku krążyło wokół niej wiele legend, a oprócz tego są jeszcze święta.
-Co tam laski? Jakieś plany na święta?- Spytałam siadając na kanapie z laptopem na kolanach uśmiechając się do siedzących po drugiej stronie ekranu dziewczyn.
-Ja i Glut jedziemy do rodziców. Kakeru też ma ponoć zaciągnąć wreszcie do bazy.
-Cała rodzinka w komplecie. A ty Ines?
-Bal charytatywny.  Mam być nagrodą na jakieś aukcji.
-A to nie jest przypadkiem uwłaczające kobietą czy coś takiego?
-Jest, ale pieniądze idą na dom dziecka, więc jakoś się przemęczę.
-Biedactwo.- Sarknęła Mary.
Blondynka wywróciła oczami i spytała:
-A, co z tobą i Ryugą? Mówiłaś coś o tym, że wybierasz się do domu na święta.- Skrzywiłam się.
-Wiesz jak jest. Ryuga nigdy nie był i raczej nie będzie rodzinnym typem, więc zamknięcie go na cały wieczór w jednym pokoju z moimi braćmi ryczącymi na całe gardło "Gloria" nie ma prawa skończyć się dobrze, a zostawić go samego w święta nie mam serca. Pewnie po porostu zjemy barszcz z torebki i uszka z zamrażalnika obejrzymy Kevina i lulu, a rodziców odwiedzę w Boże Narodzenie.
-Słowem Idealne święta.- W głosie kapitan wyrazie dało się usłyszeć sarkazm.
-A żebyś wiedziała.-Wyszczerzyłam się do ekranu.
-Prezenty już macie?- Spytała Mary
-Mary! Jak mogłaś?- Oburzyła się Ines.- Kelly pewnie dalej wierzy w Świętego Mikołaja.
-Haha. Bardzo śmieszne -Zaśmiałam się sztucznie- Każdy dobrze wie, że Mikołaj istnieje tylko trzeba mu czasem pomóc i tak mam już prezent. -Odparłam zerkając kontem oka na szafę, na której dnie w pudełku po butach leżał schowany prezent. Na pewno go tam nie znajdzie. Dla niego istnieją tylko jedne buty i na pewno nie są pomarańczowe szpilki rozmiar 37.
-No dobra ja spadam. Muszę się jeszcze spakować, a potem patroszę karpia.  
-Baw się dobrze. - Puściłam do nich oko i rozłączyłam się. Święta świętami, ale czeka mnie jeszcze trochę pracy.
  
I just want you for my own
More than you could ever know
Make my wish come true
All I want for Christmas is you
You baby

Mary

Plan szedł nawet nieźle. Bilety na samolot były już dawno kupione. Bez problemu udało mi się spakować. Jedyne, co mi zostało to poczekać, aż mój brat skończy rozprawiać się z karpiami.
-Mary!  - O wilku mowa.-Choć tutaj!
-Co jest?- Spytałam zaglądając do kuchni.
Kyoya w fartuchu stał przy zlewie z rekami umazanymi karpiem, aż po łokcie. Wszystkie ryby były już pozbawione głów i wnętrzności, ale na kilku zostały jeszcze płetwy. 
-Podrap mnie po nosie.-Powiedział odwracając się do mnie. Po jego twarzy widać było, że próbował sam sobie z tym poradzić. Zrobiłam, o co prosił, ale jakoś nie chciało mi się wychodzić.
-Coś jeszcze?
-Aż tak ci się nudzi?- Zaśmiał się.
-Oj zamknij się.
-Przytrzymaj rybę. Ślizga się. – Wzruszyłam ramionami i dotknęłam bezgłowej ryby.  Karp podniósł ogon od góry i trzymał go tak dłuższą chwilę.
-Ruszył się.-Powiedziałam.
-W, co ja niby mam go walnąć?- Spytał trzymając w ręku gotowy na wszystko tłuczek do mięsa. 
-Wrzuć go powrotem do zlewu. – Kyoya zrobił tak jak mu radziłam i zajęliśmy się inną rybą, która na szczęście nie okazała się zombie.
Obrabialiśmy wspólnie karpie dopóki nie zadzwonił mój telefon. Bez namysłu puściłam rybę, a nóż, którym Glut pozbawiał zemskną się i wbił prosto w jego kciuka.
-Szlak! W porządku?
-Tak idź obierz.
 ***
Siląc się na spokój po raz kolejny zadałam to samo pytanie nie mogąc uwierzyć w znaną mi już odpowiedź.
-Co pani rozumie przez ‘’Nie mam poco przyjeżdżać na lotnisko’’?
-Wszytkie loty są odwołane z powodu złej pogody. Bardzo przepraszamy za utrudnienia. Możemy przebudować pani bilet na lot w przyszłym tygodniu.
-Dopiero w przyszłym tygodniu!?- Ja chce tylko polecieć do domu, a nie na drugi koniec świata.
-Proszę niech pani nie krzyczy to naprawdę nie jest moja wina. -Ja jeszcze nie zaczęłam krzyczeć.
-Mary!- Do salonu wpadł Kyoya.- Pakuj się. Załatwiłem nam auto.- Powiedział i znikną tak samo szybko jak się pojawił. 
Przetrawienie tego zajęło mi moment. Zanim udało mi się zrobić cokolwiek Yoyo zdążył po raz kolejny wpaść tutaj:
-Na, co czekasz? Jedziemy do domu na Święta.- I dać mi ochrzan.

I'm driving home for Christmas
Oh, I can't wait to see those faces
I'm driving home for Christmas, yea
Well I'm moving down that line
And it's been so long
But I will be there
I sing this song
To pass the time away

Ines

Orkiestra ucichła, a na scenę wyszedł konferansjer.
-Piękne panie, szanowni panowie mam zaszczyt rozpocząć aukcje dobroczynną na rzecz domu dziecka.  Szczęśliwi zwycięscy aukcji spędzą dzisiejszy wieczór w towarzystwie swoich wygranych. –Rozległy się ciche oklaski. – Na pierwszy ogień… -ha ha. – Zapraszam na scenę piękną, tajemniczą, utalentowaną aktorkę oraz reżyserkę. Ines nie karz mi dłużej na siebie czekać.- Udając zawstydzenie podałam dłoń konferansjerowi i pozwoliłam sprowadzić się z lekkiego podwyższenia, na którym stałam i przeprowadzić w wyznaczone miejsce oświetlone przed snop światła.
-Drodzy panowie proszę tylko spojrzeć na tę idealną figurę podkreśloną przez długą dopasowaną sukienkę, na piękny kształtny nosek, jasną cerę zajrzeć w te wspaniałe oczy. Czyż spędzenie z nią choćby minuty nie jest wartę każdej ceny.- Przesadzał, ale to w końcu jego zadanie.     
Rozpoczęła się licytacja.  Nie zwracałam uwagi na sam jej przebieg. Bez względu na wynik moje ‘’koleżanki’’ z pracy i tak zdadzą mi z tego dokładny raport. Tak jakby to było ważne. Obiło mi się o uszy, ze niektóre z nagród wynajęły ludzi, którzy specjalnie mieli podbijać ich ceny. Żałosne.
-Sprzedana!- Rozległo się nagle sprowadzając mnie z powrotem na ziemię. 
Spojrzałam na nic nie świadomego głupca, który skazał się na moje towarzystwo dzisiejszej nocy. Był nawet przystojny.  Ciemne nie czarne włosy zaczesane do tyłu z jednym zaplątanym kosmykiem, który oddzielił się od reszty i błądził gdzieś po twarzy, czekoladowe oczy wyraźne kości policzkowe. Przypominał mi jednego aktora, z którym kiedyś współpracowałam gdybym tylko mogła sobie przypomnieć tytuł tego filmu.
-Nie musisz mi towarzyszyć, jeśli nie chcesz.- Powiedział, kiedy już zeszłam ze sceny. 
-Hym?- Wymsknęło mi się w zdumieniu.
-Widziałem, że na scenie chciałaś po prostu jak najszybciej z niej zejść. Nie chciałbym być w skórze tego, kto cię na to namówił.
-Chyba nie jestem taką dobrą aktorką jak mi się wcześniej wydawało.- Uśmiechnął się miło.
-Tego nie powiedziałem.- Uniósł moja dłoń do swoich ust pocałował ją, po czym powiedział.- Mów mi Johnny.
-Ines.- Może zgoda na tę licytacja nie była, aż takim złym pomysłem.
  
It's beginning to look a lot like Christmas,
Toys in every store,
But the prettiest sight to see,
Is the holly that will be,
On your own front door.


Glimer

-Gokana ja cie proszę ty mi nie utrudniaj życia.- Od rana szarpałam się z moim kotem próbując wcisnąć na niego świąteczny sweter.
-Nya!- Miaukną głośno poczym na prychał na mnie i uciekł.
-A zamarznij sobie na śmierć skoro masz taką ochotę! Tylko nie przychodź się do mnie potem ugrzać!
-Mam być zazdrosny? -Spytał Johannes pomagając mi podnieść się z dywanu i obejmując mnie w pasie.
-Spokojnie dla ciebie też mam sweter. – Stuknęłam palcem w czubek jego nosa. –Puść mnie musze zająć się karpiem, a ty wymyśliłeś jak powstrzymamy twoje trzysta kotów przed zmasakrowaniem choinki?
-Przesadzasz. Nie ma ich, aż tyle.
-A ty nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
-Pracuje nad tym. 
-Naprawdę kamień spadł mi z serca.
-O, czyli jesteś też sarkastyczna.
-Nowy rok nowa ja, a teraz na poważnie musze juz rozprawić się z tą rybą.
***
-Psiku! Asio! Poszły stąd wszystkie w cholerę!- Przygotowania do gotowania świątecznych potraw na leżało rozpocząć od wygonienia wszystkich kotów z kuchni, co samo w sobie nie było łatwym zadaniem.
Odwiesiłam szczotkę na wieszak, a spryskiwacz z resztką wody postawiłam pogotowiu koło innych niezbędnych do przygotowania kolacji świątecznej rzeczy takich jak na przykład laptop.
Brak zdolności kulinarnych ostatniej osoby, którą kopiowałam niestety mnie nie opuścił i jedynym sposobem na to by te święta wyszyły tak jak powinny było skopiować brakującą zdolność od kogoś, kto ją posiada jak na przykład ta uśmiechnięta młoda dama.
- Zaczynamy od panierowania filetów rybnych- powiedziałam obsypując zmrożony filet mąką. Oczywiście zrobiłam to samo. Niestety mąka nie przyklejała się do filetu tak ładnie jak jej. Zanim udało mi się osiągnąć zadowalający efekt kobieta z laptopa zdążyła przejść do następnego kroku, jakim było oblanie jej rozbełtanym jajkiem. Niestety w kwestii jajek były one w dalszym ciągu w całości.  Szybko rozbiłam jedno z nich zapominając oczywiście zatrzymać wcześniej film zamaszystym ruchem wcisnęłam spację rozpryskując tym samym na klawiaturze resztki jajka, jakie zostały na moich palcach.
Powinnam najpierw obejrzeć ten film a dopiero potem próbować sama.-  Tak wiem wspaniałe odkrycie.
***
-Skończyłaś już gotować?- Zapytał ‘’niewinnie’’ Johanes stając nade mną i uśmiechając się.
-Nie.-Rzuciłam wracając do patrzenia jak przygotowuje się tę pieprzona rybę na 12 różnych sposobów.   
-Nya~~- jednocześnie spojrzeliśmy na korytarz gdzie zadowolona z siebie Midnight jadła obtoczony w mące filet razem ze swoimi małymi potworkami. Wstrętne kocisko zrobiło to specjalnie.
-Teraz skończyłam.- Mruknęłam zakopując się głębiej w kocu.
-Nie łam się.- Powiedział siadając obok i obejmując mój kokon.- Motii dzwoniła, że mamy nie zbliżać się do kuchni ona wszystko przygotuje. Pozwolisz jej?- Wystawiłam głowę z kokonu.
-No dobra, ale następnym razem to ja gotuje.   

Oh, the weather outside is frightful
But the fire is so delightful
And since we've no place to go
Let it snow, let it snow, let it snow

Ines

Podsumowując dzisiejszy wieczór zostałam wygrana na aukcji i porzucona. ( Johnny musiał wyjść wcześniej. Sprawy służbowe.)-Podniosłam do ust smukły kieliszek i upiłam z niego łyk.- No i jeszcze złamałam paznokieć. Jak mogłam o tym zapomnieć?...  Jak to się mówi? ‘’Jaka Wigilia taki cały rok’’?...Coś takiego. A może to miał być Sylwester?  Czyli jest jeszcze nadzieja. –Rozmyślałam przeglądając przystawki podawane w półmiskach stojących na długich stołach. – A nie. Sylwestra spędzam z Mary i Kelly.  Poczułam czyjąś obecność i jeszcze zanim usłyszałam jego głos i stanęłam oko w oko z moim byłym.
- Jak ci się podoba przyjęcie?- Zapytał.
No tak jeszcze go tu brakowało.  Tak właśnie wydawało mi się, że jego śmiesznie odstający loczek na czubku głowy migną mi raz czy dwa pomiędzy innymi gośćmi.
-O, Otori nie spodziewałam się ciebie tutaj.-  Liar liar pants on fire. – Przyjęcie jest świetne. – Dobrze, że nie spytał jak się bawię.
-Widziałem cie na licytacji.
-Chciała bym móc powiedzieć to samo o tobie. – Uśmiechną się, a ja westchnęłam.- Przepraszam, wyżywam się na tobie jakby to była twoja wina, że mi dzisiaj nic nie wychodzi.
-Noc jeszcze młoda.
-No to mnie pocieszyłeś.- Mruknęłam. 
Orkiestra zaczęła grać wolną świąteczną piosenkę.
- Zatańczysz?- Zapytał podając mi dłoń.
Pewna ( nawet spora) część mnie z całych sił starała się namówić mnie do odmowy, ale postanowiłam ją zignorować. Bo w końcu, co takiego mogłoby się stać?
Wyszliśmy razem na parkiet i zaczęliśmy tańczyć. Powoli sunęliśmy między innymi parami trzymając się blisko ciało przy ciele jak za dawnych czasów.
- Wiesz skąd wziął się zwyczaj całowania pod jemiołą?- Spytałam zerkając na udekorowane zielonymi liśćmi żyrandole.  
-Nordycka bogini miłości w obawie przed przepowiedziana śmiercią jej syna zawarła przysięgę ze wszystkimi zwierzętami i roślinami świata, że nie skrzywdzą jej ukochanego dziecka.- Tsubasa obrócił mnie powoli.- Niestety zapomniała o jemiole.  Wykorzystał to bóg ognia i oszustwa stworzył z niej strzałę, którym zabił dziecko bogini. Według mitu, bogowie byli w stanie go wskrzesić. Zachwycona, bogini oświadczyła, że jemioły będą od teraz symbolem miłości i ślubowała pocałunek dla tych wszystkich, którzy przejdą pod jemiołą.- Piosenka skończyła się, a my w dalszym ciągu staliśmy blisko siebie dokładnie pod jednym z wielu żyrandoli.- Opowiadałaś mi już te legendę.
-Wiem, chciałam sprawdzić jak wiele z niej pamiętasz.

It's beginning to look a lot like Christmas
Everywhere you go
There's a tree in the Grand Hotel,
one in the park as well
The sturdy kind that doesn't mind the snow

Mary

Siedziałam na siedzeniu pasażera jednym uchem słuchając świątecznej audycji radiowej. Nie poznawałam okolicy, chociaż sądząc po czasie spędzonym w samochodzie powinniśmy już dojeżdżać na miejsce. 
-Gdzie jesteśmy?- Zapytałam odklejając policzek od szyby i przecierając oczy.
-W samochodzie.- Mrukną zaciskając dłonie mocnej na kierownicy.  
-Przyznaj, zgubiliśmy się.
-Nie zgubiliśmy się. – Syknął.
-No po prostu pięknie. Najpierw samolot, a teraz to.
-Ile razy mam powtarzać…- coś ciemnego i rogatego wyskoczyło na ulicę. Kyoya dał ostro po hamulcach, ale przez leżąca na ulicy gruba warstwę śniegu wpadliśmy w poślizg. Zrobiliśmy dwa pełne obroty coś gruchnęło i samochód się zatrzymał.
-Czy to był…?- Wydukałam.
-Nie… Zobaczmy, co z autem.
Prawe pół samochodu utknęło w rowie, przez co żeby w ogóle wydostać się z samochodu musiałam przeleźć nad skrzynią biegów i wyjść drzwiami od strony kierowcy. Zasięgu oczywiście nie mieliśmy, a civ ii radio w samochodzie nie działało.
-Szlakby to.- Warknęłam kopiąc ze złością oponę, przez co samochód z suną się jeszcze głębiej. –Pięknie. Porostu pięknie.
***
-Jak się nazywała ta bajka o kościotrupie, który zwariował i chciał być mikołajem?- Zapytał Kyoya, kiedy już się uspokoiłam.
-‘’Miasteczko, Halloven’’… Lubiłam te bajkę.
-Wiem.  Dlatego pytam…
-Okey, co jest granę?
-Nie wiem, o co ci chodzi.
-Wiesz. Od rana jesteś non stop zadowolony, mimo, że odwołali nasz lot, przez karpia prawie straciłeś palec, a na koniec wpieprzyliśmy sie do rowu.
-Wydaje ci się.                      
-Gadaj.
-Po prostu się cieszę.- -Straciliśmy mnóstwo czasu świąt, urodzin, imienin i chciałbym to nadrobić… kiedyś.
-Ooooooo. Mój mały braciszek mnie kocha. –Roześmiałam się w głos.- To chyba można liczyć, jako świąteczny cud.
-Nie, ja mam dość. Wychodzę.- Oświadczył otwierając na oścież drzwi.
Rozległ się pisk opon i czyjeś krzyki. Wyskoczyliśmy z samochodu akurat by zobaczyć wyjątkowo wyciekłego motocyklistę,
-Czy ty się z chujem na mózgi zamieniłeś zjebie?- Wrzasną, a jego głos wydał mi się dziwnie znajomy.
- Kakeru?- Spytałam. –Glut ręce z kuczera.
Obaj steli jak wryci. 
-Mary?- Gorąco pokiwałam głową.- Rany, ale się zmieniłaś. –Zdjął kask i trzymając go w ręce rzucił się żeby mnie przytulić. - Od godziny wszędzie was szukamy. Co się stało?
-Cos wyskoczyło na ulice… -zaczął, Kyoya, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
-A Glut postanowił zaparkować w rowie.
-Dajcie mi moment zadzwonię po kilku chłopaków was stąd wyciągniemy. 
Około ośmioro motocyklistów zjawiło się mniej więcej po upływie pół godziny. Za pomocą lin holowniczych udało się im wyciągnąć samochód z rowu.  Wyglądaliśmy przy tym jak wyjątkowo hardkorowy zaprzęg świętego Mikołaja.
No to mamy już drugi cud świąteczny. –Pomyślałam, kiedy wreszcie udało nam się dotrzeć przed próg rodzinnego domu.
  
It's gonna take some time
But I'll get there
Top to toe in tailbacks
Oh, I got red lights on the run
But soon there'll be a freeway yeah
Get my feet on holy ground


Kelly

She's   making a list. She’s checking it twice. She’s gonna find out. Who's naughty or nice. Hawana Kelly is comin' to Town. Teoria potwierdzona. Ta piosenka rzeczywiście jest straszna kiedy nie śpiewa się jej o Mikołaju. Po całym dniu biegania po mieście i załatwianiu moich zostawionych jak zwykle na ostatnia chwilę sprawunków wyglądałam jakby napadły mnie duchy przeszłych, teraźniejszych i przyszłych świąt i powiem wam jedno jestem piękna oraz zdecydowanie było warto. Miasto było przykre grubą kołdrą zimnego i zbitego śniegu oświetlone przez wszędobylskie lampki, które oplotły się wokół wszystkiego nie oszczędziły nawet czekających na wiosnę drzew i ja to absolutnie uwielbiam.
- Kupiłaś sobie ten sweter z sznurowanym dekoltem?
- Nie, jeszcze nie zwariowałam.-Cisza po drugiej stronie telefony była, aż nazbyt wymowna.- Dałabyś spokój.
-A czy ja coś mówię? Dziwię się tylko, że tracisz taką okazje.
-Niby, na co?
-Na rewanż, Ryugi?
-Chacha. Jeśli myślisz o tym, co ja myślę, że myślisz to jesteś głupia.
- Tylko nie strzelaj mi tu focha.
-Wiesz, że nie umiem. No dobra musze kończyć. Pa.
-Pa.- Schowałam telefon do kieszeni i chciałam otworzyć drzwi, ale okazało się, że są uchylone. Zaniepokoiłam się. Dobrze pamiętałam, że zostawiłam je zamknięte i to na klucz. Załadowałam kuczer i ostrożnie weszłam do środka.
Od samego korytarza po salon wisiały białe lampki świąteczne. Wokół okien na framugach pod sufitem były wszędzie. Jak zaczarowana patrzyłam na błyszczące światełka dopóki nie usłyszałam cichego?
-Wesołych Świąt, Kel.
-Wesołych Świąt.

I just want you for my own
More than you could ever know
Make my wish come true
All I want for Christmas is you
You baby



No to tak. Wreszcie udało mi sie napisać opowiadanie świąteczne. Przyznaje mogło by wyjść lepsze, ale nie pisze tego, żeby tera rozważać moje zdolności. Chciałam wam wszystkim życzyć wesołych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Dużo zdrowia i  oczywiście szczęścia (no bo co wam po zdrowiu jak cegłą w łeb można dostać nawet z końskim zdrowiem) w tym nowym 2018 roku. Byście na swojej drodze spotykali tylko życzliwszych sobie ludzi czyli tak na dobrą sprawę wszystkiego najlepszego. 
Ja sie z wami żegnam.
Do następnego posta.
Hania.