sobota, 17 czerwca 2017

Beyblade po mojemu (S.2 R.12)

Rozdział 12

Kelly

-Czekaj, bo nie jestem pewna czy dobrze rozumiem.- Przerwała Mary.- Załatwiamy wasze sprawunki, a tuż pod naszym nosem pająki porywają ludzi i robią im pranie mózgu?
-Nie mamy, żadnych dowodów na to, że mają z tym jakikolwiek związek.-Tsubasa usiłował jakoś przemówić nam do rozsądku.
-No tak. Bo oni sobie radośnie uzbrojeni biegają po mieście w poszukiwaniu dwóch identycznych płatków śniegu.- Sarknęłam.
-Twój sarkazm jest nie na miejscu.-Kapitan zwróciła mi uwagę.
-Tyłek Tsubasy na fotelu dowódcy tego burdelu jest nie na miejscu.
-Zamknęła byś pysk i dała mu dokończyć, co?- Warknęła szatynka.
-Dobra, chodziło mi o to, że w terenie Tsu był dużo lepszy.
-Jasne.
-Tak, więc. Nie mamy pewności, że gang Pająków Nocy ma z porwaniami jakikolwiek związek na ich ciałach nie odnaleźliśmy charakterystycznych dla tego gangu tatuaży.
-Jak tak nad tym zastanowić do tej pory pająki zgarniały głównie nastolatków w okresie buntu, którzy chcieli dopiec rodzicom. -Ines myślała na głos.
-Właśnie o tym mówiłem.
-Ale skoro to nie oni to, kto i dlaczego biega jak porąbany po kraju i porywa ludzi? - Zauważyłam.
-Właśnie to staramy się ustalić.
-I wam nie idzie.- Mruknęła pod nosem Mary.
- Struktura gangu tego gangu nie jest liniowa. Pojedyncze grupy nie wiedzą o istnieniu pozostałych, przez co nie jesteśmy w stanie dotrzeć do dowódcy.-Ta coś o tym wiem.
***
Psy jadą-krzyknął człowiek, który stał na czatach. Zapał do walki znikł i natychmiast zastąpiła go paniczna chęć ucieczki. Hala opustoszała w przeciągu sekund i zostałam sama.
No po prostu cudnie.
Podeszłam do człowieka, który przed chwilą próbował mnie zastrzelić. Uniosłam jego twarz tak, aby patrzył na mnie i zapytałam:
-Gdzie znajdę waszego lidera? Gadaj!
-W.......w...-Próbował zacząć człowiek
-W, czym?
-B....b....-zdążył jeszcze wydukać, po czym wydał z siebie długie westchnienie i stracił przytomność.
-Cholera.
***
-A, co z tym typem w kimonie? Z tego, co mówiliście to nie jest pierwszym lepszym żółtodziobem zgarniętym z ulicy.
-Nie mamy nic, co pomogłoby nam go znaleźć czy chociaż by zidentyfikować.
 -Dyrektorze Otori.- Kobieta, która właśnie z tymi słowami weszła do gabinetu przypominała mi robota. Nie żeby miała coś nie tak z twarzą po pro prostu podchodziła do sprawy bardzo zadaniowo i poważnie, a może po prostu normalni ludzie tak mają.-  W banku Aozora trwa napad. Zorganizowana grupa ludzi wzięła ośmiu zakładników. Na miejscu jest już policja.
-Za piętnaście minut chce wiedzieć wszystko o ludziach w banku, kto co gdzie i dlaczego. W trzy macie się szykować Bastien, Hisoka i Midori idą z wami.

Ines

Zostałyśmy przetransportowane na miejsce zdarzenia. Budynek został otoczony jednak nie udało się nawiązać kontaktu z porywaczami. Przyznaje nie za wesoło to wygląda.
-Oglądasz?- Spytałam wybierając numer i podnosząc telefon do ucha.
-Jak zawsze.-Odezwała się Kelsi.
W Dark Nebuli zdała egzamin. Była opanowana bez względu na to, co się działo. Wiedziała, co gdzie i jak. Czemu WBBA się nią nie zainteresowało?
-Potrzebuje planu budynku i podglądu z kamer.
-Jasne. - Schowałam telefon o kieszeni i delikatnie wzdrygnęłam się widząc Bastiena.
-Na twoim miejscu nie ufałbym takiemu... źródłu. –Powiedział.
-Na całe szczęście nie jesteś na moim miejscu.- Odparłam.
-Ufać komuś, kto od dawna powinien siedzieć...-Nie dokończył. Chciał, żebym sobie sama dopowiedziała. Skubaniec jeden. Chyba nie wie gdzie jest jego miejsce. No cóż chyba będę musiała mu to pokazać.
 Podniosłam na niego wzrok i spojrzałam mu prosto w oczy.
-Posłuchaj Bastien, ty masz swoich ludzi, a ja mam swoich. Nie wchodź mi w paradę to może coś z tego wyjdzie.- Nie odwrócił wzroku.
-Strach żyć w tym mieście.  Jak cie nie porwą to wezmą na zakładnika. – Wesołym głosem wtrąciła się Kelly. Pomarańczowy pompon na jej czapce wesoło podskakiwał, kiedy tylko ruszyła głową. Wyglądała głupkowato ubrana kostium od WBBA zimową czapkę rękawiczki na dwa palce i szalik.
-Jak ci się nie podoba to się wyprowadź. – Rzuciła szatynka siedząca w dalszym ciągu w samochodzie, którym nas tu przywieźli. Chyba niezbyt uśmiechało się jej pokazanie w przydzielonym jej kombinezonie.
-Mary czy Fenrir jest w stanie stworzyć iluzje pełnego spokoju?- Spytałam patrząc na przysłany mi właśnie podgląd z kamer.
-Raczej.- Mruknęła niepewnie.
-Obraz, dźwięki zamaskuj wszystko. Mają myśleć, że wszystko idzie zgodnie z ich planem
-Kelly skołuj motor, Hisoka oczyść teren Bastien odpal tamten tir.
-Co ty planujesz? – Spytała Tategami.
-Pamiętasz „Moment of terror”?- Twarz szatynki przeciął uśmiech. –Szykuj się na powtórkę.
 To zadanie wymagało niekonwencjonalnego podejścia. Zbyt wielu ludzi uzbrojonych i prawdopodobnie pod wpływem znajdowało się w budynku, żeby przedzierać się przez każde piętro po kolei zajęłoby to zbyt dużo czasu, a po takim przeciwniku można spodziewać się wszystkiego nie wyłączając zarznięcia zakładników na miejscu.
***
-Idziecie tam we dwie. Mają za dużo ładunków wybuchowych, żebym mogła się tam na coś zdać. Hawana wybijesz szybę tak by Mary mogła wylądować.- Tłumaczyłam.
-Masz to jak w banku.
-Macie trafić dokładnie w piąte okno o lewej na siódmym od góry piętrze.  Wpadniecie na dwóch typów uzbrojonych pilnujących zakładników. Mary dopilnujesz, żeby zakładnicy nie wpadli w panikę.
Bastien.- Mężczyzna podniósł na mnie wzrok.- Ty Midori i Hisoka do tej pory macie przedostać się na drugie piętro osłona powinna wam to umożliwić.
-Na górze zostało ich tylko dwóch?- Dopytywała Kelly.
-Nie. Reszta próbuje włamać się do sejfu. Zaczekasz, aż ci z dołu się do was dotrą i dopiero wtedy zaatakujecie. Jeszcze jakieś pytania?
-Ja mam jedno.- Hawana podniosła palec o góry.- Robiłaś to już kiedyś?
-No dobrze. Wszyscy na miejsca.-Zadecydowałam.
-Ej no.  Ja serio pytam!

Mary

-Fenrir rób swoje.-  Szepnęłam kucając przy beyu.
Kły na fusion wheel Fenrira zaczęły się szybciej obracać tnąc powietrze przy tym powietrze, przez co wokół zaczęło rozlegać się stłumione wycie. Rozchodziło się coraz dalej i dalej.
-Dobra powinno działać.- Powiedziałam do słuchawki w moim uchu wsiadając na motor i odpalając go.
-Brakowało mi tego. – Powiedziałam, gdy głęboki pomruk maszyny rozbrzmiał w moich uszach.
-Roztrzaskiwania się na płaskich powierzchniach? –Spytała siedząca za mną zielonkawa Kelly.
-Nie trząś portkami tylko ładuj kuczer. – Doradziłam jej zakładając kask.
 -No dobrze panienki. Przedstawienie musi trwać. Nie spuszczać wzroku z celu i uważajcie na zakładników.-Odezwała się Ines w moim uchu.
-Lodomir nie zostawia świadków.
-Kelly jeszcze raz powiesz coś w tym stylu osobiście urwę ci język.
-Lodomir przeprasza.
-Starajcie się ich nie zabić musimy ich jeszcze przesłuchać.-Odezwał się Bastien.
 Czyli awansowałyśmy na morderców …Świetnie.
-Pytanie, kto z naszej szóstki ‘’a’’ nosi broń palną i ‘’b’’ wydaje mu się, że ktokolwiek go słucha? - Odgryzła się Kel.
-Dzięki Tsubasie, że was przysłał wreszcie jest, do kogo gembe otworzyć.
Ruszyłam. Maszyna przez dłuższą chwile jechała na tylnym kole, po czym z głuchym łupnięciem opadła na wszystkie koła. Wjechałam na rampę z ciężarówki i w mgnieniu oka znalazłam się w powietrzu i właśnie wtedy czas zwolnił. Ilekroć bym tego nie robiła zawsze jest tak samo w kulminacyjnym momencie, kiedy nie mogę już w żaden sposób zmienić tego, co ma się wszystko dzieje się wolniej.  Tak, żebym mogła zobaczyć każdy nawet najdrobniejszy szczegół.
Widziałam jak bey Kelly przelatuje koło mojej głowy i powoli zagłębia się w szkło, które porasta milionem pęknięć by w końcu rozpaść się na kawałki. Przy akompaniamencie ogromnego huku świat nagle przyspieszył. Motor wpadł do środka razem zemną.
-Kelly jesteś?- Spytałam spoglądając za siebie dziewczyna kiwnęła głową i przeskoczyła mnie. Ma tu robotę nie mogła mnie z nią zostawić.
Zaczęły się strzały. Trzymając głowę nisko przeszłam do miejsca, w którym mieli znajdować się zakładnicy. Zebrał się tam spory tłumek wszyscy związani z workami na głowach. Podbiegłam do pierwszego z brzegu zakładnika i zaczęłam rozcinać scyzorykiem plastikowe żyłki na jego nadgarstkach i przegubach.
-Co się dzieje?- Zapytał jeden z zakładników.
-Jesteśmy z WBBA. Wyciągniemy was stąd.- Z całej siły starałam się trzymać nerwy na wodzy. Jeśli zobaczą jak jestem zestresowana to im też się udzieli.  
Kilka kul wbiło się w ścianę.
-Dopiero, co skończyłem studia i dostałem prace! Nie chce umierać to nie sprawiedliwe!
-Zginiemy!
-Uspokójcie się nikt tu nie zginie. Chyba, że nie przestaniecie drżeć się bez sensu. –Rzuciłam rozwiązując kolejnych zakładników.-Kel uważaj tam, co!?
-Robie, co mogę? –Odkrzyknęła kontem oka zdążyłam dostrzec jak odrzuca na bok karabin i gdzieś skacze.
-Jak wygląda sytuacja?- Spytała Ines w moim uchu.
-Zakładnicy są cali, a Kelly daje radę.
-To dobrze Bastien oczyścili parter. Zapakuj cywili do windy odeskortują ich.
Zapakuj cywili łatwiej powiedzieć niż zrobić. 
***
Spokój i cisza. Pierwsze dwa symptomy tego, że coś idzie nie tak jak iść powinno. Przynajmniej, jeśli chodzi o napad na bank.
-Długo jeszcze? Gliny chyba coś planują.- Niecierpliwił się jeden ze złodziej.
-Powoli do celu. –Odparł jego towarzysz montując ładunki kierunkowe na drzwiach do sejfu.
-Choroba.- Zbir wyją krótkofalówkę.- Jay jak wygląda sytuacja? – Urządzenie zatrzeszczało, ale odpowiedź go nie opuściła. – Idę sprawdzić, co tam się dzieje.-Oświadczył wychodząc. -Ej, co to ma być!?- Zawołał widząc snującego się po korytarzy wspólnika, ale ten nawet nie podniósł na niego wzroku. – Zadałem pytanie.-Powiedział stanowczo podchodząc do mężczyzny. Kiedy był w połowie drogi potknął się i wyrzwzną w podłogę jak długi. Obrócił się, ale na podłodze nic nie było czuł tylko na palcach coś ciepłego i lepkiego.
-Co jest?- Zapytał zszokowany.
W jego twarz uderzył delikatny powiew. Spanikowany złapał karabin i stanął na równe nogi. Okna były zamknięte, więc skąd wiatr? Ktoś musiał tu być. Tylko gdzie? Lustrując teren wzrokiem podszedł do drugiego złodzieja.
-Mamy towarzystwo.-Powiedział. – Stary to nie jest czas na żarty. Rusz się. –Mężczyzna szarpną swojego wspólnika, a właściwie próbował, ale jego ręka przeszła na wylot.- Jasny chuj.
Coś uderzyło w niego i powaliło go na ziemie. Szarpał się z niewidzialna istotą z całych sił starając się wyszarpnąć swój karabin.
Broń wypaliła.
Kula trafiła.

Kelly

Mary gruchnęła o ścianę. Szybko skończyłam z typem i dość pokracznie jak na mnie podbiegłam do siedzącej pod ścianą szatynki.
-Miałaś uważać.- Warknęła trzymając się za ramie.
- Pokaż to.– Powiedziałam odciągając jej dłoń. Nabój całkiem zmiażdżony tkwił w głęboko w materiale podważyłam go lepkim od krwi pazurem i uważnie obejrzałam dziurę nie widać było skóry.-Czyli jednak są kulo odporne.- Oświadczyłam z uśmiechem. 
 -Spierdalaj.- Warknęła próbując sprzedać mi kopniaka.
-Możesz ruszać ręką?- Spytałam całkiem serio. 
-Daruj sobie.- Burknęła wstając i lekko masując bark.-  Gdzie ten Bastien?
-Po, co czekać?  Same ich wykończmy. Jeden już i tak stamtąd wylazł.
-W sumie… 

Mary

-Beznadzieja. Robie tu za pożal się Boże tajnego agenta, a oni się nawet nie wysilili, żeby nauczyć mnie strzelać czy coś.- Burknęłam rozwiązując buty.
-A, po co im kolejny żołnierzyk skoro mogą mieć ciebie?- Zapytała z przebieralni Hawana.
Burknęłam coś w odpowiedzi mocno ciągnąc but, który jak na złość nie chciał zejść.
-Kelly ma trochę racji gdyby potrzebne im byli ludzie po typowym szkoleniu WBBA to by na pewno znaleźli kogoś innego.  Tu musi chodzić o nasze umiejętności.
-Niby, jakie?- Burknęłam.
- No ta, bo przecież nic nie umiesz.- Niebiesko włosa przyznała i racje wychodząc z przebieralni. -Bo przecież wcale nie potrafisz wyciągnąć z człowieka tego, czego chcesz ani powalić kogoś jednym dźwiękiem. –Kontynuowała.- Kobieto dzisiaj włamałaś się do banku na motorze przez okno na diabli wiedzą jak wysokim piętrze. –Mówiła uśmiechając się szeroko. 
 -I, z czego ty się niby cieszysz?- Mruknęłam.
-Głównie z tego ze to przeżyłam.
-Szczere.- Zauważyła Ines.
-A daj cie wy mi obie święty spokój.- Wyciągnęłam ciuchy z szafki i poszłam z nimi do przebieralni.-pierdolcie się.- Mruknęłam.
-Widziałam ten uśmieszek.- Zawołała za mną Ines.
***
W jasnym pokoju przy drewnianym biurku na  obitych  przyjemnym w dotyku materiałem krzesłach siedziało dwoje ludzi. Jedno z nich ciężko przerażone, a drugie całkiem spokojne.
-Mogę już wracać do domu?- Spytała sekretarka ściskając w dłoniach kubek.
-Jeszcze tylko kilka pytań.- Obiecał Hisoka.- Powiedź, co tam się stało.
-Jestem w szoku. Nie mogę mówić z sensem. –opierała się.
-Po po prostu powiedź, co pamiętasz.
-Pomyślisz, że oszalałam.- Mruknęła wyciągając rękawy koszuli tak, żeby zasłaniały część jej dłoni.
-Trudno mnie zdziwić możesz wierzyć mi na słowo.- Kobiecie wyrwał się nerwowy chichot. -Nie musisz się spieszyć mamy czas.
-Oni pojawili się tak nagle. Związali mnie i założyli coś na głowę tak samo jak reszcie. Słyszałam, że policja próbowała się skontaktować z napastnikami, ale oni nie chcieli słuchać.-łzy zaczęły kapać do kubka.
Agent przesunął w jej stronę pudełko chusteczek. Kobieta ostawiła kubek i wytarła oczy chusteczką.
-A potem zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Czułam, że worek zsunął mi się z głowy, ale dalej nic nie widziałam. Żyłka puściła, ale tak jakby dalej tam była siedziałam na ziemi, ale jednocześnie coś zmuszało mnie do robienia kroków na przód. Tak jakby mnie ktoś popychał, a potem nagle zaczęłam widzieć pierwsze, co zobaczyłam to ratownik, a co było dalej już chyba wiecie.

-Dziękuję. Jest pani wolna.


Rozdział 12 za nami. Wiecie jak to jest kiedy myślicie, ze macie wszystko za sobą, a potem okazuje sie, ze jednak nie? Właśnie coś takiego przeżywałam. Jeszcze wyników nie dostałam, a już muszę składać papiery do szkół bo terminy. 
Mniejsza z tym. Obiecałam sobie, że nie nie odwale hautury i po tak długiej przerwie dodam porządny rozdział. Sami oceńcie czy mi wyszło. O ile ktoś tu jeszcze jest w co gorąco pragnę wierzyć. Słowem podsumowania pająki nie pająki, iluzje nie iluzje nic tylko palnąć se kulkę w ramie. Prawda Mary?
Mary:...
Ja: :)
Z moich informacji wynika, że już nic nie możecie zdziałać w kwestii szkolnej więc w czystym sumieniem mogę zajmować wasz cenny czas.
No to ja sie  za wami żegnam.
Do następnego posta .
Hania.

czwartek, 18 maja 2017

Przez zakratowane okno do pokoju wdzierały się ostatnie promienie zachodzącego słońca. Przykuta potężnymi łańcuchami leżąca na gołej ziemi postać słabo się poruszyła. Leżące przednią sterty papierów zaszeleściły zapisane na nich pradawne runy spisane językiem tak starym, że nikt nie jest wstanie ich odczytać błysły żółtą, zieloną i pomarańczową poświatą. Więzień tego dziwnego miejsca podniósł zmęczoną i zapuchniętą powiekę ukazując przekrwione niebieskie oczy.  Odprowadziła wzrokiem zachodzące słońce, a gdy niebo zasnuła ciemność na jej zmęczonej twarzy wykwitł uśmiech. Osiemnasty dzień piątego miesiąca wreszcie dobiegł końca. Trzęsącą się dłonią podniosła zielony ołówek, który pod jej dotykiem zmienił się w miecz, którego ostrze wbiła w jedno z ognił łańcucha, a ten pękł rozsypał się po posadzce niczym sznur korali.  Postać powoli podniosła się na nogi i ciągnąc za sobą miecz podeszła do ściany, którym powaliła lekkim pchnięciem.  Kamień z głuchym łoskotem zmienił się w proch, a do celi wpadł słaby powiew nocnego powietrza. Rozwiał jej posklejane w strąki włosy i szarpną skrawkiem spódnicy.  
-Jestem wolna!!! – Ryknęła pełną piersią unosząc w zaciśniętej pięści miecz.


Ryuga:, Ale ty wiesz, że kawałek obok miałaś drzwi?
Ja: Musisz mi wszystko psuć?
Ryuga: No już ciesz się zasłużyłaś.
Ja: Yey! No dobra. *biorę się pod boki* Jestem Hania (nie) miłościwie tu panująca pani i władczyni tego bloga oraz okolicznych terenów szalonych zamierzam ogarnąć ten burdel, ponieważ kocham to robić i wreszcie udało mi się zarąbać potwora o nazwie siedem dni maturalnych sprawdzianów. Ustawili je tak sprytnie, żeby mnie skołować raz jeden na tydzień, a innego razu trzy na raz, ale ja się nie dałam o nie. Nie na darmo zaniedbałam bloga, żeby tac się wykiwać tak łatwo.
Ryuga: Nie dramatyzuj.

No dobrze, a teraz trochę na poważnie. Od dzisiejszego wieczora zaczynają się najdłuższe wakacje w moim życiu, a to oznacza, że po pierwsze się starzeje, a pod Rugie będę miała od groma wolnego czasu na to, co uwielbiam tak, więc następnego posta możecie się spodziewać już w najbliższym czasie. Jeśli chcieli być cie możecie polecić mi w komentarzach jakiś fajny film, anime, albo w miarę proste do przygotowania danie.  Kończąc chce wam podziękować za życzenia powodzenia i za to, że mimo, ze moja aktywność na moim własnym blogu była praktycznie równa zeru wy nadal tu ze mną jesteście to naprawdę dużo mi daje. Tak wiec jeszcze raz dzięki.
Ja się z wami żegnam.
Do następnego posta

Hania.

sobota, 25 marca 2017

Beyblade po mojemu (S.2 R.11)

Rozdział  11

Kelly

Leżałam na kanapie trzęsąc się z zimna zbyt wykończona, żeby się ruszyć i zbyt przerażona by zasnąć. Czułam się tak jakbym przed chwilą wyszła z lodowatej wody. Oddychałam płytko i bardzo szybko.
Hawana debilko niedojebana ogarnij się do jasnej cholery.- Klęłam na siebie w myślach słysząc zbliżające się do mnie kroki. Ryuga wziął mnie na ręce i zniósł na swój futon. Posłanie było przyjemnie ciepłe, a w porównaniu zemną wręcz gorące.
-Kazałem ci zostać w mieszkaniu.-Warknął na mnie podkładając mi pod plecy gorący termofor.
-A, od kiedy to ja się ciebie słucham, co?- Spojrzał na mnie tak jakby chciał mnie zabić.
-Pij nie gadaj. -Powiedział unosząc trochę moją głowę i wlewając do ust wodę tak jakbym sama nie mogła tego zrobić.
-Przesadzasz.- Prychnęłam na niego, gdy skończyłam pić.-No już nie rób min tylko, choć spać.- Wywrócił oczami położył się koło mnie i pozwolił mi mocno się do niego przytulić.-Jak było na treningu?
-Normalnie.-Leżał przez chwilę nic nie mówiąc.-Co jest nie tak ze starszą Tategami?
-Szybko traci nad sobą kontrolę brak jej wiary w siebie i ma alergie na kurz.- Palnęłam bez zastanowienia.-A co?
-Nic.
-Jasne. Tu mi jedzie czołg.- Mruknęłam odginając palcem dolną powiekę.- No powiedz no. – Przekręciłam się na brzuch i uniosłam się na przedramionach.
-Co za dziecko. –Sapną uciskając kąciki oczu palcami.-Zasnęłabyś w końcu.-Dodał zerkając na mnie jednym okiem.
-Hyhy. Zasnę jak powiesz, co się stało.
-Nic.
-Walczyłeś z nią?- Drążyłam temat.
-Nie.
-Ale ją spotkałeś, tak?
-No.
-I nie walczyliście? Jenny! Czy ja zawsze muszę cię ciągnąć za język?- Jęknęłam.
-...Śpij.
-Normalnie ręce opadają.- Demonstracyjnie huknęłam głową w poduszkę.
-Niechciała ze mną walczyć.-Powiedział, kiedy juz myślałam, że temat jest zakończony i nic więcej niego nie wyciągnę. -Powiedziała, że nie walczyła od pół roku.
-Mary bardziej stawia na medytacje.
-I dobrze. Tylko, dlaczego nie sprawdzała swoich umiejętności?
-Testy na ludziach.-Zaśmiałam się.
-Chociażby. Dobra, a ty gdzie polazłaś?
-Rodzinkę odwiedzić póki jeszcze mogę.
-Kretynka… Będziesz dzisiaj lunatykować?
Wzruszyłam ramionami.
-Pewnie tak.- Westchnął.- Jak ci z tym tak źle to minę po prostu zwiąż.- Burknęłam.
-Nie wymyślaj. No już śpij. Gravity Destroyer.
-Gravity Destroyer.- Odparłam ziewając przeciągle i wtulając się w poduszkę.
***
Obudziłam się późnym rankiem. Przetarłam bolące oczy usiadłam na futonie owinęłam się kołdrą i ziewnęłam przeciągle. Ryugi niebyło w pokoju, ale z mieszkania nie wyszedł słyszałam jak sobie pomrukiwał w pokoju obok przestawiając jakieś naczynia.
- Nya. - Zdziwiła się kotka czując, że nie leży się jej już tak wygodnie jak chwilę temu. Pogłaskałam ją za uchem i po podbródku, więc wspaniałomyślnie położyła się na poduszce i na powrót zasnęła. Zlazłam z posłania i szczelnie owinięta poczłapałam do kuchni. Zaspana stanęłam w progu kuchni i oparłam się o framugę.
Patrzyłam jak Ryuga wlewał wrzątek do kubków i przygotowywał tosty z serem. Wyglądał tak uspokajająco normalnie trochę tak jakby nigdy nie wylądował w Dark Nebuli. Chociaż z drugiej strony wtedy częściej by się uśmiechał. Zmienił się. Dojrzał, a raczej został przygnieciony przez to, co się stało. Czasem brakuje mi tego szczerzącego się kretyna.
Podeszłam do Ryugi i objęłam go przykrywając nas kołdrą.
-Kel nie wydurniaj się i wracaj spać.- Powiedział ostro, bo przeze mnie rozlał trochę herbaty.
-Nie mogę. Ciepło mi z łóżka uciekło.- Mruknęłam z dziecięcym oburzeniem, żeby przypadkiem nie pomyślał, że tule się do niego z innego powodu.- Bardzo mnie nosiło?
-Nie bardziej niż zwykle. Weź sobie tosta.- Uśmiechnęłam się i zabrałam za śniadanie.
-Kiedy idziemy na trening?- Spytałam sadowiąc się na kanapie i ładując sobie tościka do buzi.
-Nie idziemy.
-Czemu!?- Krzyknęłam, kiedy udało mi się wyksztusić okruszek, który wpadł na tam gdzie nie trzeba było.
-Bo ty masz zostać w mieszkaniu.
-All…- zaczęłam, ale mi przerwał.
-A jak cie nie przypilnuje to znowu gdzieś poleziesz. – Kłóciłabym się dalej, ale wystarczyło jedno jego spojrzenie bym się zamknęła.  Był wściekły. W ten przerażający spokojny sposób.
-Herbata wystygła.- Burknęłam.
-Trzeba było dłużej kłapać dziobem. –Rzucił tylko i zajął się sprawdzaniem kuczera.

Ines

-Naprawdę nie musiałaś jechać ze mną, aż do szpitala.
-Wiem.
-Ani czekać, aż skończą mnie badać.
-Wiem.
-Strasznie mi przez to głupio. Przeze mnie straciłaś cały dzień. Mogłem po prostu zanieść ci te leki, a nie wyciągać cie z mieszkania. Jeśli mógłbym ci to jakoś wynagrodzić to...
-Daj spokój. Najważniejsze, że wszystko z tobą w porządku.-Przerwałam mu.
Alex nadawał tak już dobre pół godziny i szczerze mówiąc miałam tego powoli dosyć. Bardziej przejmował się moją wygodą, niż własną ręką.  W niczym nie przypominał chłopaka, który chciał wysadzić nas w powietrze.  Udaje? Nie udaje? Jest chory czy po prostu diabelnie sprytny?
 -Dobrze, że zmusiłeś minie do wyjścia inaczej przesiedziałabym sama w mieszkaniu cały dzień.-Dodałam. - No dobra trzeba ci skołować jakiś transport.
-Nie musisz poradzę sobie.
-Jesteś na silnych lekach przeciwbólowych wątpię czy wiesz gdzie się teraz znajdujesz. –Spojrzał na mnie uśmiechając się lekko zakłopotany, a ja zajęłam się zamawianiem taksówki.
 Taksówki to mało popularny sposób transportu w Japonii, ale ja nie mogłabym wyobrazić sobie świata bez żółtych samochodów, które zjawiają się na skinięcie dłoni.
Wysiadłam pod moim apartamentowcem. Był już późni wieczór jak praktycznie ciągle zimą. Naciągnęłam mocniej kaptur tak, żeby zimny wiat nie wiał mi w kark. Moje oczy znalazły się w cieniu, do którego szybko się przyzwyczaiły. I wtedy go zobaczyłam. Ubrany w czarne kimono z wyszytym na nim białą pajęczyną. Stał na przeciw mnie. Ukryty na widoku. Wiedział, że go widzę, a ja też czułam na sobie jego wzrok.   Maska- czarna wytłoczona na kształt pyska jakiegoś stwora z koszmarów wyposażonego w wychodzące z paszczy haki i trzy pary błyszczących czarnych oczu.- Przykrywała jego twarz. U pasa jego wysiała pochwa, z której sterczała rękojeść, na której mój przeciwnik trzymał dłoń.
Czyli to nie bleyder.- Stwierdziłam w myślach oczywiste.
Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch po mojej lewej nie mogłam się jednak odwrócić. Podświadomie czułam, że jeśli jakikolwiek atak miał by nastąpić to ze strony "samuraja" jednak ten stał bez ruchu jakby na coś czekając.
Mam zacząć.-Domyśliłam się, ale niezbyt mi się uśmiechało podążać za widzi misie przeciwnika. Jednak nie mogliśmy stać tak wiecznie. Powoli sięgnęłam po kuczer.
Potem wszystko stało się tak szybko. Usłyszałam szczęk metalu i huk strzału.
Kto strzela do licha ciężkiego!?- Odwróciłam się tak szybko, że o mały włos straciłabym równowagę.
-Zejdź z drogi.-Rozkazał mi Tsubasa raz po raz strzelając do samuraja z pistoletu jednak ten odbijał pociski wszystkie, co do jednego. Władał dwoma ostrzami. Miał pewną postawę, do której wracał po każdym odbitym pocisku. Wiedział, co robi. Z rozstawionymi mieczami wyglądał jak wieli czarny pająk siedzący na pajęczynie czekający, aż Tsubasa podejdzie wystarczająco blisko by mógł go dopaść, a Otoriemu kul w magazynku nie przybywa.
-Zaraza.-Załadowałam kuczer i strzeliłam. Bey pomknął w stronę samuraja. Spodziewałam się, że z mojego przeciwnika zostanie kupka popiołu, ale zamiast tego Iskra rozcięła powietrze w miejscu, w którym przed chwilą stał zostawiając za sobą pasmo ognia.
Ja i Tsubasa wzięliśmy samuraja w krzyżowy ogień, ale ten nagle zniknął. Po prostu tak jakby rozpłyną się w powietrzu.
-Wszystko w porządku?- Spytał Otori podchodząc do mnie jednocześnie przeładowując broń.
-Będzie jak ktoś znajdzie uziemi tego typa.
-Wątpię, żeby dzisiaj wrócił.
-Na pewno nie sam.-Rzuciłam chowając bey’a.
Wreszcie udało mi się dotrzeć do mieszkania. Odwiesiłam kurtkę na wieszak, ustawiłam buty w szafie odłożyłam torbę na półkę poczym przeszłam do salonu splotłam dłonie na piersiach i patrząc z góry na siedzącego w fotelu Tsubasę powiedziałam:
- A teraz wytłumaczysz mi, o co tu chodzi.
-Od pół roku w całym kraju obserwuje się w zmożoną aktywność gangu pająków nocy. Ponadto z dnia nadzień stali się skuteczni i bardziej zorganizowani.
-Skuteczniejsi? W czym?
-Rabunkach, przemytach, czego tylko się dotkną.
-I? –Spojrzał na mnie tak jakby nie wiedział, o co mi chodzi.- Daruj sobie za długo z tobą byłam, żeby nie wiedzieć, że siedzi ci coś na wątrobie.
Chwilę się zbierał, aż w końcu zaczął. Widziałam, że przychodziło mu to z wielkim trudem.
-Dzieje się coś dziwnego. Młodzi ludzie znikają. Po prostu wychodzą do szkoły pracy i już nie wracają. Niema ich dzień dwa, a potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiają się powrotem.
-Więc, w czym problem?
-W tym, że są inni. Tak jakby ktoś wciągu tych kilku dni zdążył ich zniszczyć. Chociaż na ich ciałach niema ani śladu jakiejkolwiek przemocy.
-Kiepska sprawa.-Zaśmiał się gorzko.
-Powiedz to matce, która nie poznaje swojego dziecka.
-Przepraszam, po prostu jestem trochę w szoku.
-Masz prawo… Mogłaś być następna.

Mary

-Kyoya! Glucie! Choć tutaj.-Zawołałam zaraz po wzbudzeniu nawet nie zastanawiając się czy mój brat jest w mieszkaniu.
-Po, co?- Burkną stając w progu z rękami skrzyżowanymi na piersi z tą swoją miną pod tytułem "wcale nie przyszedłem, bo mnie wołałaś po prostu miałem po drodze".
-Siadaj tutaj.-Poklepałam leżącą po drugiej stronie miniaturowej areny matę.- Pomożesz mi trenować.
-Niby jak? -Burkną podchodząc bliżej.
-Siadaj mówię.- Pociągnęłam go za rękę w dół tak, że chcąc nie chcąc musiał usiąść.- Okey, a teraz patrz.- Wzięłam do ręki piłeczkę z pianki-, Jaki ma kolor?- Spytałam.
-Pomarańczowy…, Co ty kombinujesz?
-Zobaczysz.-Odłożyłam piłeczkę na ziemię i zakryłam ją metalową miską.- A teraz uum zrelaksuj się.
-Nie podoba mi się jak się uśmiechasz.-Powiedział
 -Hyhy. Bywa. Fenrir Wyj.
Wylądowałam w płonącej wiosce gdzieś na końcu świata. Szkoda, że nie jestem w stanie jakoś tego pominąć. Spokojnie przeszłam do miejsca, w którym walczyły bestie. Spojrzałam na, bleydera który sterował Drago. Wielkie szalone oczy i krzywy uśmiech. Ciekawe czy oni zawsze tak wyglądają- jak skończeni wariaci. Szaleni to szpiku kości bez szans na ratunek. Ciekawe czy on też miał swoją przyboczną przynieś wynieś wypruj flaki.
Masa energii pochłonęła mnie i przeniosła w kolejny stopień.  Unosiłam się w ciemności potoczona pół przeźroczystymi sylwetkami moich sąsiadów.
-Tategami Kyoya.- Powiedziałam rozkazującym tonem, a pod moimi stopami zmaterializowała się kamienna ścieżka.  – No dobrze braciszku zobaczmy, jaki burdel masz w głowie.
Obudziłam się soczysto zielonym kwitnącym i pachnącym lesie. Wiosna jak się patrzy brakuje tylko kwitnących wiśni i napalonych królików.
-Przygotowałaś wszystko?- Zapytał Fenrir.
-Tak. -Przytaknęłam radośnie z podnosząc się z ziemi.
-Co teraz zrobisz?
-Musze przejść do jego ostatnich wspomnień.
-W takim razie ruszajmy.- Stanęłam tyłem do ścieżki z rdzennymi wspomnieniami Kyoy jednak kątem oka udało mi się dostrzec zielonowłosego berbecia, który pierwszy raz w życiu zobaczył bey’a. Ruszyłam przed siebie. Nagle w lesie zrobiło się jakby ciemniej i powiał dusząco gorący wiatr.
-Fenrir, co się dzieje?- Opuścił łeb i chyba powąchał ziemię.
-Jest zaniepokojony. Powiedziałaś mu, co zamierzasz?- Spytał podnosząc na mnie wzrok.
-Nie, tylko, że zobaczy, co się stanie.-Wilk wydał z siebie głuchy pomruk jakby się nad czymś zastanawiał poczym zawył krótko. Wycie przez chwilę rozchodził się po lesie echem. Głos wielokrotnie powracał, a ż w końcu zamarł gdzieś w oddali, a równo z nim znikną też wiatr.
-Dlaczego wilki wyją?- Zapytał wyrywając mnie z transu, w jaki wpadłam.
-Żeby oznaczyć swój teren i nastraszyć wroga?- Próbowałam zgadnąć, bo nic sensownego nie chciało mi przyjść do głowy, ale sądząc po jego mnie nie udało mi się.
-Wilki wyją po to by ostrzec przed zbliżającym się wrogiem, odnaleźć szczenięta, wezwać pomoc albo zwiększyć morale przed walką. Strach jest tylko małą częścią większej całości..Oby udało ci się kiedyś wyjść poza jego granice.
Ałć.
Szliśmy dalej bez przeszkód większych od krzaku paproci. Trzymałam się bardziej z tylu niż zwykle i nie rozglądałam zbytnio tyle tylko by nie przywalić w nic głową. Czułam się żałośnie. Nie, żeby było to dla mnie czymś nowym. Sama dla siebie jestem żałosnym rozczarowaniem, dla rodziców pewnie też, a teraz jeszcze dla niego.
-Obrońcy przyjmują postać tego, co jest najlepiej znane gospodarzowi. Najbliższe.
-Wiatr to był dopiero początek.
-Zapewne.
-Co wtedy zrobiłeś?- Spytałam ośmielona tym, że wilk pierwszy przerwał ciszę.
-Uspokoiłem...Jesteśmy na miejscu.-Oznajmił, ale miałam wrażenie, ze nie to chciał na początku powiedzieć. Skoda, że nie mogę wejść do jego głowy.-  Teraz znajdź odpowiednie wspomnienie. –Dodał przysiadając na tylnych łapach.
 Dłuższą chwile chodziłam w te i wewtę szukając pomiędzy rozmazanymi mało znaczącymi urywkami wspomnień tego jednego konkretnego.
W pewnym momencie usłyszałam swój własny głos wołający Kyoye.
-Tu cie mam. Fenrir znalazłam!- Zawołałam, a wtedy bey do mnie dołączył.- Co mam zrobić?
-Na początek postaraj się je zatrzymać.-Poradził.
-No dobrze… A jak?
-Zamknij oczy i powtarzaj za mną. På  strömmen ligga hos mig av udarna stanna.
- Pa….yyy powtórz.
-Jeszcze raz. To ważne, żebyś powiedziała wszystko z taką samą tonacją.-Pouczył mnie.- På  strömmen…
- På  strömmen…
- Ligga hos…
- Ligga hos…
- Mig av udarna…
- Mig av udarna…
-stanna.
-stanna.
-A teraz całość.
-Chyba sobie jaja robisz.
-Sup się na tonacji i dźwięku nie na samych słowach. På  strömmen ligga hos mig av udarna stanna.-zrobiłam tak jak mi poradził. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się. Słowa, które nie miały dla mnie znaczenia zaczęły się powoli rozpływać, mieszać ze sobą.
- På  strömmen ligga hos mig av udarna stanna.
-A teraz otwórz oczy.- Po raz kolejny zrobiłam, co mi kazał, a wtedy zobaczyłam jak z na wpół otwartymi ustami i przymrużonymi oczami trzymam w rękach małą pomarańczową piłeczkę. Super nawet na zatrzymanym wspomnieniu nie mogę wyglądać jak człowiek.
-Znajdź to, co chcesz zmienić i wyobraź sobie jak się zmienia.- Popatrzyłam na piłeczkę.
-Spróbuje zmienić jej kolor.-Powiedziałam nie wiem czy do niego czy do siebie. Wilk tylko skinął łbem.
Skupiłam się na zabawce i wtedy skończyło się łatwe. Jaki kolor wybrać?  Stałam jak głupia z poważną miną wpatrując się w piłkę, aż w końcu ta stała się bardziej fioletowa niż pomarańczowa.
-Wystarczy?- Spytałam.
 -Na początek. A teraz powiedź På  strömmen ligga hos mig av udarna flytta.
-På  strömmen ligga hos mig av udarna flytta.- Obraz natychmiast ruszył.
-Na dzisiaj to koniec. Wracaj.
Jasne światło odesłało mnie z powrotem do pokoju. Mój braciszek z obrażoną jak zawsze miną nadal siedział naprzeciw mnie.
-Dłużej się nie dało?- Burkną widząc, że już wróciłam
-Nie marudź.-Rzuciłam prostując nogi i czując biegające po nich ‘’mrówki’’.- Jaki kolor ma piłeczka? –Spojrzał na mnie jak na wariatkę.
-P…- zaczął, ale nie skończył. Zastanawiał się chwilę, po czym zapytał.- Ona jest w paski?.
- Nie. Ma jeden kolor.-Odpowiedziałam wesoło chyba się udało. Nie do końca, ale coś wyszło.
-Po, co ci to?- Zdenerwował się.
-Weź nie świruj. Po prostu zrób mi te przyjemność i odpowiedz.
-Fioletowa.-Rzucił wychodząc.
-A nie, bo pomarańczowa.- Zawołałam za nim śmiejąc się.
-Lecz się! -Odkrzyknął mi z pokoju obok.
-Jak mi nie wierzysz to, choć tu i sam zobacz
-Dzwonie po lekarza!- Zaśmiałam się cicho pod nosem wyjmują telefon z kieszeni i wybierając numer pewnego piegowatego szatyna.
-Alex załóżmy, że wilkowi utknęła taka metalowa zadra w podniebieniu. Co z tym zrobić?- Wypaliłam od razu jak tylko przestałam słyszeć sygnał oczekiwania.
-Znalazłaś wilka? Gdzie jesteś? Nic nie rób. Zaczekaj na mnie już wychodzę.- Wszystkie zdania wypowiedział na jednym tchu.
-Powiedziałam załóżmy.- Zaznaczyłam.
-No dobrze… Najlepiej było by zawieść go do kliniki weterynaryjnej.
-Tyle to i ja wiem, ale co by tam zrobili?- Westchnął dalej był zaniepokojony, ale wiedziałam, że powie mi to, co chce wiedzieć. Zawsze tak robił.  Już taki był. Martwił się i mnie wspierał.
- Na początku trzeba by...-Jęknął.- Ale obiecaj mi, że nie zrobisz nic głupiego.
-Nie wymyślaj tylko mów. –Nie odzywał się dłuższą chwilę, a ja oczami wyobraźni widziałam jak robi tą swoja ‘’zdenerwowaną’’ minę. –Oj już nie bocz się.
-Najpierw trzeba by podać miejscowe znieczulenie i zastrzyk przeciw tężcowy. Potem delikatnie usunąć zadrę oczyścić i odkazić ranę potem zszyć. Wilk przez kilka dni musiał by zostać na obserwacji...Mary, po co ci to?
-Zobaczysz.



Rozdział 11 za nami. Yyyyy  jest tu ktoś? Ktokolwiek? *cykanie świerszczy w tle* T.T 
No nic w najgorszym wypadku pogadam do siebie. Nie żeby to było dla mnie coś nowego. Wiecie jak to jest kiedy wasz komputer postanawia zrobić wam żart i usuwa wam folder na którym macie wszystkie teksty po czym oddaje tylko kilka z nich? Nie? A ja tak. Siła złego na jednego bo inaczej tego wytłumaczyć nie można.  Dobre wieści są takie, że przygotowania do matury są na jak najlepszej drodze. Wymyśliłam sposób jak ogarnąć coś czego nigdy nie potrafiłam zapamiętać oraz znalazłam kanał na youtube na którym są filmy które tłumaczą mi to czego nie potrafili wytłumaczyć mi nauczyciele. Więc jest moc i będzie dobrze. 
Poza tym mam świetny plan b i nawet plan c który jest właściwie o marzeniem które plan b pozwoli mi zrealizować. :)
A i jeszcze jeśli ktoś zna się trochę na języku szwedzkim i mógł by mi pomóc to proszę o kontakt mailowy lub w komentarzu
No tak to ja się z wami żegnam.
Do następnego posta.
Hania.

Ps.
Ja: Ryuga kto to jest i czemu o tym nic nie wiem?
Ryuga: Tęskni ci się za zbiorem zadań?
Ja:...Okey. Cofam pytanie. 

niedziela, 12 marca 2017

Ogłoszenie

Na samym początku chce zaznaczyć, że nie mam najmniejszego zamiaru zamknąć mojego bloga.  Nic z tych rzeczy.  Jednak nie pociesze was nowym rozdziałem czy opowiadaniem pobocznym.  Nastał dla mnie ciężki okres dwóch miesięcy przed maturą. Czuję się trochę tak jakby Blue Cetus i White Cetus postanowili wykonać przeciwko mnie swój specjalny atak łączony zrobiony informacji, zaliczeń i próbnych matur. Słowem koszmar. Na początku, czyli we wrześniu myślałam, że dam radę połączyć naukę i pisanie dla was jednak jak się niedawno przekonałam odwalam chałturę.  
Kiedy trzy lata temu przed egzaminem gimnazjalnym zaczęłam pisać te historię była ona tylko sposobem, żeby jakoś się ogarnąć poukładać sobie wszystko i kogoś pocieszyć. Teraz, kiedy sytuacja się prawie, że powtarza ja nie wyrabiam. Po prostu nie daje sobie rady.  Przede mną test, do którego rozwiązania przygotowałam się przez 11 lat i od którego zależy moja przyszłość, a ja bynajmniej nie czuję się na niego przygotowana. 
Jednak nie mam najmniejszego zamiaru się poddawać. Proszę was tylko o odrobinę wyrozumiałości. Musze się teraz skupić na nauce i poukładać sobie wszystko, co chcę zmieścić w drugim sezonie tak, żeby miało to ręce, nogi, sens i mało błędów. Dziękuje, że dalej tu jesteście, przepraszam, że tak was zaniedbuje oraz proszę wytrzymajcie jeszcze te dwa i pół miesiąca. Obiecuję poprawę i się z wami żegnam.
Do następnego posta.
Hania.





wtorek, 14 lutego 2017

Walentynki 2017

Kochliki. Małe stworzątka mieszkające w oczach ludzi. Kiedy ktoś się zakocha wtedy błyszczą i sprawiają, że cały świat wydaje się piękniejszy, a ta jedna jedyna osoba jest chodzącym ideałem. Inaczej mają się sprawy, kiedy człowiek zakochany nie jest. Wtedy te małe utrapienia chwytają za swoje malutkie włócznie i boleśnie kują w oczy, gdy tylko ktoś taki zobaczy zakochaną parę. Wredne cholerstwa, co nie, ale co zrobisz? Nic nie zrobisz.

Ines: Kelly odłóż to święcące cokolwiek to jest, które trzymasz za plecami na miejsce skądkolwiek to wzięłaś zanim to zepsujesz.
Kelly: Miłość nie jest ziemniakiem nie możesz wyrzuci jej przez okno!!! *Poszła odłożyć to święcące cokolwiek to było, które trzymała za plecami na miejsce gdziekolwiek by ono nie było*
Mary: Pójdę poszukać jej leków.
Kelsi: Macie jakieś plany na dzisiaj?
Mary; Jak zwykle pognije w domu i poczytam fan fic.
Ines: Ja się chyba pójdę w miasto.
Kelsi: Dobry plan, a widok zakochanych par nie będzie cie odstraszał?
Ines: Nieee, jak jakąś spotkam spoliczkuje faceta i zacznę wrzeszczeć jak mógł mi to zrobić i odejdę.
Kelsi: Brzmi zabawnie.
Ines: Też tak myślę. A ty, co będziesz robić?
Kelsi: Eventy Walentynkowe same się nie przetestują.
Ines: To też jest jakiś plan.  Kelly co ty znowu kombinujesz?
Kelly: *siedzi w Emo koncie*
Mary: Grzebała w swoim wózku coś tam znalazła i od tamtej pory tak siedzi.
Ines: Ech. *Masuje skronie* Niech ktoś zawoła Ryuge, rzuci w nią czekoladą czy coś.

*UWAGA!!! Postacie w poniższym materiale są bardzo nieswoje przed przeczytaniem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, ponieważ każdy fan fic niewłaściwie odebrany może zagrażać twojemu odbiorowi danej postaci*

Glimer x Johannes

-Dzień Dobry Glimer. - Wymruczał trochę mocniej przytulając się do moich pleców i całując mój kark.
-Czy będzie dobry to zobaczymy.-Obróciłam się do niego przodem i spojrzałam na niego figlarnie. -Motti dzisiaj wyjeżdża?
-Wątpię, a co śpieszy ci się wrócić do swojego łóżka?
-Bardzo. Strasznie chrapiesz.
-Dzisiaj zaczynasz z następnym zleceniem?- Zapytał głaszcząc mnie po policzku.
-Nie mogę wiecznie siedzieć u ciebie i nic nie robić. Niedługo zrosnę się z kanapą.- Zażartowałam niestety mój humor nie udzielił się szatynowi. Był jakiś taki dziwnie spięty.
-Nic nie musisz wszystko możesz. Więc jeśli chcesz to możesz ze mną zostać.
-Z tobą, Motti i tabunem kotów.
-Za Motti i tabun kotów nie ręczę oni chodzą własnymi ścieżkami. -Zaśmiałam się cicho.- Chce mieć pewność, że chociaż miałabyś inny nos, usta, kształt oczu zmieniłby się twój światopogląd to będziesz dalej będziesz pamiętała jak do mnie trafić i, że...
-Że?- Spytałam, gdy Johannes bez szelestnie wstał z łóżka i zaczął się skradać w stronę drzwi, które gwałtownie odsunął.
Brunetka wpadła do pokoju razem ze ściskanym Gokaną i przy akompaniamencie zdziwionego pisku.
-Ty mała zarazo!- Wrzasnął.
-Iiii! -Pisnęła tym razem wystraszona i uciekła w głąb korytarza.
-I nie wracaj.-Prychną jeszcze za nią i wrócił do łóżka.
-Zdaję mi się czy chciałeś mi coś powiedzieć?
-Chciałem, ale ta mała pchła wszystko popsuła.
-Oj.-Pogładziłam spodem dłoni jego policzek i pocałowałam go delikatnie odrobinę dłużej niż zwykle łącząc nasze wargi.- Nie przejmuj się nią, ja chętnie posłucham, co miałeś mi do powiedzenia.-Chłopak rozluźnił się nieco, obiął mnie i przytulił do siebie tak, że nie widziałam jego twarzy.
-Kocham cie. -Szepnął.- Bez względu na to, jaką formę przybierzesz. Kocham i zrobię dla ciebie wszystko. Proszę wróć do mnie...Kiedyś.-Słyszałam bicie jego serca czułam jak na powrót napinają się jego mięśnie. Czekał na moją odpowiedź coraz bardziej i bardziej zestresowany. To mógł być pierwszy raz, kiedy się przed kimś tak otworzył.
-Wiesz Johannes -zaczęłam odsuwając się od niego i patrząc w jego sztucznie żółte oczy.- Z kobietami jest trochę jak z kotami.-Popatrzył na mnie trochę zbity z tropu. -Lubią ciepło i swoje miłe kąty. Lubią się wylegiwać i chodzić w swoimi własnymi ścieżkami wiedzą, u kogo na kolanach najlepiej się czują, a przede wszystkim jak zgłodnieją to wracają. Tylko, że one robią się głodne trochę dłużej niż koty i nie chcą tylko jeść.

Jest dużo różnych sposobów, żeby powiedzieć, że sie kogoś kocha. Disney dał nam na to kilka przykładów np.:

Zaplątani
Flynn: Jesteś moim marzeniem.

Księżniczka i Żaba
Książę Neveen: Tiana to moja Ewandżelina.

Piotruś Pan: Dzyń nie rozumiesz? Znaczysz dla mnie więcej niż cokolwiek na całym świecie.

Tarzan: Jane zostań, proszę.

Mała syrenka
Książę Erick: Straciłem ja raz i więcej tego nie powtórzę.

Herkules: Ludzie robią szalone rzeczy, kiedy są zakochani.

Pocahontas
John: Zawsze będę z tobą.

Mulan
Generał Shang: Dobrze walczysz.

Przyznajcie można było się wtedy wzruszyć. No chyba, że byłam bardziej miękka niż mi się wydaje. 

Kelly x Ryuga

-Gorąco.- Jęknęłam wachlując się dłonią.
-Przesadzasz- Rzucił w odpowiedzi Ryuga tylko i wyłącznie po to, żebym nie zaczęła się pruć, że mnie ignoruje.
Siedzieliśmy w wulkanie gdzie jak się można było do myśleć odbywał się trening Ryugi i było ciepło w cholerę.
-Gorąco!- Zaczęłam jęczeć głośniej i dobitniej rozkładając się przy tym plackiem na ziemi.
-Bogowie, ale ty się marudna zrobiłaś. Mówiłem już jak ci tak źle to wracaj do pokoju i nie przeszkadzaj.
-Zostawić cie samego? W życiu! A jak mi w tym gorącu zasłabniesz i upieczesz się na wolnym ogniu?
-Nie dramatyzuj.- Załadował kuczer i ponownie strzelił. Drago przebił spływającą ze szczelin ścianę lawy na wylot, a mi od samego patrzenia zrobiło się jeszcze bardziej nie do zniesienia gorąco. Wyzywałam w myślach go, Ryuge i cały wulkan, co niestety nie poprawiło mi humoru. Sięgnęłam do niewielkiej podróżnej lodówki, przesunęłam palcami po zimnej powierzchni lodowych kostek. Były tak przyjemnie lodowate. Wyjęłam jedną z nich i zaczęłam obracać ją w palcach drżąc lekko za każdym razem, gdy zimna kropla spluwała po moich rękach lub kapała na ciało.   
Wtedy właśnie w głowie zaświtała mi myśl.  Ujęłam kostkę samymi wargami i podkradłam się do Ryugi. Był taki skoncentrowany na treningu. Musiał utrzymać Drago na właściwym torze dokładnie odtworzyć swój zamysł. Taki skupiony. Ciekawe jak długo uda mu się utrzymać takie... Skupienie.
Nie zauważył, kiedy do niego podeszłam. Uśmiechnęłam się milutko do jego profilu.
Zacznijmy zabawę.
Nachyliłam się i delikatnie musnęłam lodem jego ucho. Zero reakcji. No dobrze nie zniechęcam się. Przesunęłam kostkę troszeczkę w bok i przeszłam tym samym na jego kark. Zadrżał lekko, ale to reagowało bardziej jego ciało niż on sam. Językiem obróciłam kostkę zdążyła się już rozpuścić z jednej strony, a ja na dobrą sprawę nie zaczęłam się jeszcze bawić.
Przeciągam kostkę powoli po linii jego kości policzkowej i zaczęłam zataczać malutkie kółeczka na jego policzku.
-Kelly.- Zamarłam.- Co ty właściwie robisz?- Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że żółte oko Ryugi patrzy na mnie z góry. Wciągnęłam kostkę do buzi i uśmiechnęłam się niewinnie.
-Nudzę się.- Odsunęłam się od niego robiąc uroczą minkę i zaplatając ręce za plecami. -Skończyłeś już trenować?

Znalezione obrazy dla zapytania and iiii will always love you

Kelsi x Alex (potrzebny mi był gracz)

Jak co wieczór siedziałam przy komputerze. Tak wiem. Jestem no live, ale zgadnijcie, kto ma dwa kciuki i rozkochał w sobie obu Blancków na raz? Ta gościówa.
Wydałam ostatnie polecenia i uśpiłam komputer.
-Ghaaaaaaa.- Ziewnęłam przeciągając się na fotelu, a szatyn siedzący z laptopem na moim łóżku spojrzał na mnie z nad okularów i uśmiechnął się.
-Śpiąca?- Zapytał.
-Może troszeczkę. –Weszłam na łóżko odłożyłam jego laptop na półkę nocną, a sama usiadłam na jego kolanach. – A wy?- Szepnęłam pochylając się w jego stronę.
-Jutro mam wolne, więc chyba mogę posiedzieć trochę dłużej. –Odparł obejmując mnie w tali.
-Słodziutki jesteś.-Stwierdziłam kładąc głowę na położonych w okolicy jego obojczyka dłoniach.
-Tak myślisz?
-Nie, tak tylko sobie bezczelnie kłamię.
-O ty mała…- nie dałam mu dokończyć całując go uśmiechając się przy tym chytrze. Odpowiedział wplatając dłoń w moje włosy.  Całowanie się z nimi zawsze niosło za sobą przyjemy dreszczyk. Było jak jedzenie cukierka o dwóch pysznych smakach.
Nagle Alex coś usłyszał. Zrzucił mnie z siebie i sięgnął po laptop.
-Ej! Co to ma być? – Oburzyłam się.
-Nie zgrywaj niewiniątka.-Powiedział.
Skubany zorientował się, że zakatowałam jego wioskę.

Ines x Tsubasa

Na planie filmowym dzieją się różne rzeczy. Wypadki i przypadki. Jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się by wszystko poszło zgodnie ze scenariuszem.
-Nie, nie, nie. Co to ma być? Zabierzcie mi go z oczu. Nie mogę patrzeć na to amatorstwo.-Reżyser wyglądał jakby zaraz miał wyjść z siebie i stanąć obok. - Powiedz ty się jej boisz? Myślisz, że ci coś tymi ustami zrobi? Zapierasz się jakby, co najmniej chciała cie zabić!
-Ale przecież w scenariuszu...- Mój partner sceniczny próbował się bronić.
-Ty mi się tu scenariuszem nie zasłaniaj. Myślisz, że kawałek papieru powie ci jak masz to zagrać!? Otóż nie! Jeszcze tego nie ma tutaj to nawet najlepsza partnerka ci nie pomoże. Ines byłaś cudowna jak zawsze, ale sama tej sceny nie zagrasz. Pół godziny przerwy! I niech ktoś przyniesie mi podwójne espresso! Boże oszaleć można.
Moja asystentka podała mi butelkę z wodą napiłam się pozwoliłam poprawić mój makijaż.
-Zawsze to tak wygląda?- Zapytał Tsubasa, który postanowił dzisiaj mi towarzyszyć w pracy.
-Zwykle idzie to szybciej. Nie wiem, co się dzisiaj z nim dzieje.- Westchnęłam.
-Zmęczona?- Pokiwałam głową.
-Cały dzień na szpilkach.
-Biedactwo.- Ujął moją głowę w swoje dłonie - pod brodą i za kark, a ja oparłam nie się na jego ramionach przymykając oczy. Ustami ujął moją górną wargę i z zaczął ją delikatnie masować.  Zamruczałam zadowolona pogłębiając pocałunek. Uwielbiałam jak tak robił. Po jednym takim pocałunku czułam się wypoczęta i odprężona.
-I cieńcie! - Wyrwało mnie z mojego słodkiego transu.- Widziałeś amatorze? Tak to powinno wyglądać.- Spojrzałam na reżysera stał koło zwróconej w naszą stronę kamery i cieszył się w najlepsze. -Ty jakkolwiek się nazywasz zagrasz w tej scenie razem z Ines. Szybko. Znajdźcie dla niego kostium. Ta scena nada wszystkiemu nowy wymiar. Prawdziwy.
-Witamy w branży.-Powiedziałam uśmiechając się lekko na widok zabarwionych moją szminką ust Tsubasy.
-Twój szef to niezły ekscentryk.

-I, kto to mówi?

Tada! Tak jak chcieliście napisałam post z kilkoma paringami z mojego opowiadania. przyznaje nie wszystkie są w kanonie, ale jak to komuś nie pasuje o niech ma pretensje do mojej weny. Jak już chyba wcześniej mówiłam to co dzieje się w opowiadaniach pobocznych niema żadnego wpływu na główna fabułę bloga ani nic innego. * No więc mam nadzieje, ze wam się podobało. 
No to ja sie z wami żegnam.
Do następnego posta.
Hania. 

Znalezione obrazy dla zapytania Tinkerbell gif

* Nie Alex wcale nie zdradził Harumi,

piątek, 27 stycznia 2017

Beyblade po mojemu (S.2 R.10)

Rozdział 10

Kelly

Odprężający olejek eteryczny do przygotowania rozgrzewającej kąpieli umożliwia harmonijne zakończenie dnia wieczór pełen wewnętrznego opanowania i spokoju. Wyważona kompozycja zapachowa uspokajającego eukaliptusa i aromatycznego jałowca relaksuje zmysły i sprawia, że codzienny stres znika.
A co z tym niecodziennym?
 Zawiera:, cajeputi oleum, caryophylli floris aetheroleum, eucalypti aetheroleum, luniperi aetheroleum, methylis salicylas mamusiu oby mi od tego wszystkiego skrzela nie wyrosły.
Odłożyłam flakonik z powrotem na brzeg wanny, zanurzyłam się głębiej tak, żeby usta zakrywała mi woda, sięgnęłam po telefon szybko wybrałam numer i wysłałam sms:
-"Co masz na sobie?"-Odpowiedz przyszła szybciej niż szybko.
-"Bardzo śmieszne Blue. Czego chcesz?"
-"Zapytać jak ci idzie. :)”
-"Normalny człowiek zacząłby od na przykład od cześć."
-"Nie udawaj, że ci to przeszkadza. ;P"- tym razem musiałam chwilę zaczekać. Kelsi musiała czasami przyswoić sobie moje koślawe poczucie humoru.
-"Idzie mi całkiem dobrze do jutra będę miała komplet."
-" Nie spiesz się. "
-"...Co ty znowu kombinujesz?"-Zadowolona uśmiechnęłam się pod wodą wypuszczając przy tym kilka bąbelków powietrza.
-"Nic, co by mogło zaszkodzić moje ulubionej czarodziejce."
-"To, że czegoś nie rozumiesz nie znaczy, że to magia."
-"Masz rację. To czary. :P"
-"Przestań wysyłać mi te Voldemorty!"-Woda zabulgotała, a ja niechcący napiłam się wody z kąpieli. Gwałtownie się wyprostowałam i zaczęłam pluć na wszystkie strony.
-" :) :) :) :) :) :) "-napisałam, kiedy przestałam czuć smak mydlin.
-"..."
-"Oj no. Przecież wiesz, że cie uwielbiam. :-)"
Humor mi się trochę poprawił, więc wyszłam wreszcie z wanny zawinęłam się w puchaty ręcznik i rozczesałam świeżo umyte włosy. Kiedy te schły sobie w spokoju ja zmieniałam niepotrzebny już od dawna bandaż na lewym ramieniu? Paskudna blizna od oparzenia, która nie miała najmniejszego zamiaru zblednąć. Szlak by ją i tego, kto mi ją sprezentował... I to, co mi ją sprezentowało.
Ubrałam się, uczesałam i wsiadłam w pierwszy lepszy pociąg jadący w sprzyjającym mi kierunku.
-Hej! Jest ktoś w domu? -Zawołałam cicho zdejmując buty i ustawiając je równiutko pod ścianą.- Halo?
-Jestem w salonie.-Zawołał ciepły miły głos.
Przeszłam przez korytarz, którego drewniana podłoga skrzypiała tak jak nigdzie indziej i zajrzałam do salonu. Na skurzanej kapnie, z której kolor starł się w kilku miejscach siedziała nie młoda już kobieta, której siwe włosy gdzieniegdzie poprzetykane były granatowymi pasemkami. Zdjęła z nosa okulary do czytania i uśmiechnęła się.
-Kelly. Choć tutaj.-Poklepała miejsce koło siebie. Szybo podbiegłam i przytuliłam się do niej. -Ślicznie się opaliłaś na tych wakacjach. –Powiedziała, kiedy udało im się od niej odkleić.-Jak było?
Tuż po wyjściu ze szpitala jeszcze przed wyjazdem na Sumatre za namowami Benkei’a postanowiłam wreszcie odwiedzić moich rodziców. Jedyne, co powstrzymało mnie przed ucieczką z progu to trzymający mnie za wykręconą za plecami rękę Ryuga. Wiem są lepsze sposoby, żeby pomóc komuś się przełamać, ale ten działa i to jest najważniejsze.
-Cudownie.- Uśmiechnęłam się promiennie. – Powinnaś wybrać się tam z tatą jak tylko będziecie mieć trochę czasu. Cisza spokój słońce morze słowem raj.
-No siema sportowe świry!- Rozległo się w korytarzu. Do domu zapewne z treningu wrócił jeden z moich młodszych braci.  Zdziwił się widząc mnie na kanapie.-O to ty. -Odstawił torbę ze sprzętem na komodę.- Spodziewaliśmy się cie za kolejne 6 lat.
Miał ciemno fioletowe włosy po ojcu, bordowe oczy i lekko zadarty nos. Z tego, co zdążyłam zauważyć przechodził właśnie okres buntu. Rodzice muszą mieć z nim przekichane.
-Takashi!- Upomniała go mama.
-I tak przerobie jej pokój na siłownie. –Burknął i wbiegł po schodach do swojego pokoju.
-On tylko tak mówi. Wszyscy bardzo za tobą tęskniliśmy.-Pocieszała mnie obejmując ramieniem.- Zostaniesz z nami na obiad?
-Skoro nalegasz.
Zostałam na obiad i na kolacje, a od tatusiowego okrzyku ‘’Daifuku’’ na mój widok o mało, co nie ogłuchłam.  Jiro następny syn jak go przewrotnie nazwali moi rodzice. Wdał się w swoją jedyną siostrę miał teraz jedenaście lat chociaż uparcie twierdził, że sześć. Udało mu się ograć mnie w Shogi, co nie było dużym wyczynem, ale z tego, co opowiadała mama ogrywał wszystkich na turniejach, jeśli tylko chciało mu się na nie przyjść. Takashi zszedł tylko na kolacje i jedyne, co zrobił to zapytał czy nie mogę czesać się jak ktoś normalny.
Mój pokój nie zmienił się mimo gróźb, że zostanie przerobiony na siłownie. Pułki, na których poustawiane były figurki smoków, wróżek i innych stworków. Ściany pomalowane na jasno fioletowo. Moje pluszaki, a wśród nich ten jeden najważniejszy pluszowy tygrys Taiga. Pogładziłam wypłowiałe paskowane futerko.
Podłoga zaskrzypiała. Zakłopotana odłożyłam zabawkę na łóżko. W drzwiach stała moja mama. W rękach trzymała złożoną w kostkę pościel.
-Myślałam, że może chciałabyś zostać też na noc.- Powiedziała cicho.
-O mamo.-Zabrałam z jej rąk kołdrę, poduszkę, prześcieradło, odłożyłam to wszystko na łóżko i mocno się do niej przytuliłam.
-Jesteś strasznie zmarznięta.
-Słabe krążenie. Mam to po mamie.
-Mi przeszło po tym jak wyszłam za mąż.-A po dłuższej chwili dodała puszczając mnie i szukając czegoś po szafkach pociągając nosem.-Powinnaś się cieplej ubierać straszny mróz ostatnio chwycił. -Zarzuciła mi na ramiona czerwony zapinany na guziki sweter.
-Ty tu o mrozie, a ja chce poznać swoje prawnuki zanim umrę.-Powiedziała moja babcia wchodząc do pokoju.
-Babciu obiecałaś mi, że nie będziesz mówić o śmierci.- Uśmiechnęła się zadziornie machając na mnie ręką.
-Stara jestem. Zapomniałam. Córcia puści ją do domu przecież ten biedak pewnie na nią czeka o ile poprzednim razem nie wystarczająco go wystraszyliście.
-Mamo.- Jęknęła moja mama z wyrzutem.
-No, co?  Świętą prawdę mówię.- Oburzyła się i wzięła mnie pod ramię.- Wnusia ja ci mówię ty się za niego bierz, bo jeszcze ci go odbije.-Roześmiałam się w głos.-Co się śmiejesz?- Skarciła mnie.-Może i swoje lata mam, ale dalej jest ze mnie jak to teraz młodzi mówią? Niezła szprycha.
Rodzinka odprowadziła mnie do drzwi, przy których przytrzymali mnie jeszcze pół godziny kazali obiecać, że przyjadę do nich na Shogatsu i dopiero wtedy pozwolili mi odejść.
Padał śnieg. Gęste płatki przyklejały mi się do rzęs. Opatuliłam się cieplej szalikiem od taty i szybko dreptałam ulicą. Wyglądałam jak postać z tandetnego horroru.
Kiedy byłam pod torami ułożonym nad wielkimi słupami dostrzelam jakąś postać i natychmiast przyspieszyło mi tętno? Jasna choroba.

Ines

-Przyjechałam najszybciej jak tylko mogłam. –Powiedziałam podchodząc bliżej i poprawiając ubranie, które trochę poprzekręcało się podczas biegu.  Gdybym była na planie styliści by przypilnowali żebym na wyglądała jak zziajana kretynka. 
-, Co sie stało? Will’owi się pogorszyło?- Wystraszył się.
-Nie, a mogło?- Zaniepokoiłam się
-Nie powinno, ale zawsze jest ryzyko, że mogłem popełnić jakiś błąd i…
-Na Boga Alex! Nie strasz mnie tak!- Przerwałam mu. Mary mówiła mi, że często zdarzało mu się wpędzić siebie samego w poczucie winy bez żadnego powodu.
-Przepraszam, nie chciałem. –Odetchnęłam głębiej.
-Nic nie szkodzi. To gdzie masz te leki?- Skierowałam rozmowę powrotem na właściwy tor. 
 -A tak leki.- Obrócił się w miejscu szukając torby, którą ostatecznie znalazł zawieszoną na gałęzi drzewa, pod którym staliśmy. Otworzył ją i wyjął z niej mały pojemnik, w którym coś brzęczało, jako mistrz dedukcji domyśliłam się, ze to tabletki dla Will’a. – Gdyby nie chciał ich połknąć dobrym wyjściem jest umazanie ich masłem orzechowym tylko koniecznie takim z niską zawartością cukru.-Tego, co mówił słuchałam tak na dobrą sprawę tylko jednym uchem. Moje myśli zajął laptop, którego brzeg wystawał z torby szatyna, a nie tyle on sam, a to, co się z nim łączyło. Doji i Dark Nebula. Co tak naprawdę się tam wydarzyło? W którą wersie powinnam uwierzyć? Ktoś mądry kiedyś powiedział, ze zawsze wersie wydarzeń moja, wasza i ta prawdziwa.   
-Nad, czym tak myślisz?- Zapytał w pewnym momencie Alex.
-Zastanawiam się, czego on tam szuka w tym śniegu.- Wymyśliłam na poczekaniu kiwając głową w stronę jednego z psów.
-Narkotyków.- Odparł bez zastanowienia z lekką nutką grozy w głosie.
-Co proszę?- Zdziwiłam się.
-Wabi się Dust. Były pies policyjny z wydziału narkotykowego. Stracił węch i teraz pcha nos we wszystko, co chociaż trochę przypomina to, z czym wcześniej pracował.
Pewnie myśli, że jak coś znajdzie to go z powrotem przyjmą. Powiodłam wzrokiem po gromadzie psów, które biegały po parku. Wszystkie były mówiąc prosto z mostu dziwne. Na przykład czarno biała suczka border collie lub mieszaniec tej rasy ciągle podbiegała, do Alex'a wbiegała za niego szczekała i od czasu do czasu podgryzała jego but z czasem zaczęła zaczepiać również mnie.
-Chce, żebyśmy dołączyli do stada.- Pies usiadł przed nami na śniegu wywalił język przekręcił głowę i patrzył to na mnie to na szatyna.
-No dzięki, wiesz.-Sunia ucieszyła się, że się do niej odezwałam i wydała z siebie pojedynczy szczek.-Ja wiem, że nie wyglądam za dobrze, ale pomylić mnie z owcą to chyba przesada.
-Daisy już tak ma.-Powiedział uśmiechając się rozczuleniem patrząc na psa.
-Niech zgadnę była psem pasterskim?
-Dalej jest. Pilnuje, żeby wszystkie psy ze schroniska trzymały się razem.
-To słodkie. –Uśmiechnął się.- Długo już jesteście na tym spacerze?
-No właśnie trzeba by się już powoli zbierać. 
-Pomóc ci zabrać je do przychodni?
-Było by mi bardzo miło.-Powiedział uśmiechając się.
-Które wziąć? Czy może wystarczy, że Daisy sie nimi zajmie?
-Daisy jest świetnie by sobie z tym poradziła, ale wszystkie psy muszą iść na smyczy, ale skoro tak sobie przypadłyście do gustu to pójdź z nią, a ja zajmę się resztą.-Podał mi jedną ze zwiniętych smyczy, a sam dmuchnął w metalowy gwizdek na swojej szyi. Pozostałe siedem psów przybiegło do nas radośnie przeskakując zaspy.
-Siad.- Rozkazał, co psy wykonały natychmiast patrząc na niego swoimi wielkimi oczami jakby na coś czekały. Alex po kolei przypiął smycz i nagrodził grzecznego psa smakołykiem z torby.
-Hacker, weterynarz- być może psychopata.- Masz jeszcze jakieś ukryte talenty? Może latać potrafisz? –Zaśmiał się.
-Nie potrafię latać, ale kiedyś byłem na kursie latania paralotnią.
-O nie bałeś się?
-Powiedziałem, że byłem na kursie, a nie, że latałem. Moja znajoma chciała, żebym ją odebrał.
-Kiedyś do roli musiałam nauczyć się strzelać z łuku, więc wysłali mnie do jakieś miejscowości na końcu świata. Wszyscy tam chodzili poubierani w takie starodawne stroje. Bardzo klimatyczne miejsce.
-Mary by się tam spodobało.-Nie odzywaliśmy się przez chwile obserwując jak Daisy przebiega raz na jedną, a raz na druga stronę ‘’stada’’ pilnując by szyło ładną równą kolumną.
-Doktorze Blanc! –Rozległo się czyjeś wołanie. Alex zerwał się do biegu zostawiając mnie i czarno białą suczkę daleko za sobą. Chcąc nie chcą pobiegłam za nim. Kiedy dobiegłam do lecznicy moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Przy drzwiach przychodni stało dziecko i darło się w niebogłosy rodzice próbowali je pocieszyć, ale nic z tego nie wychodziło z wrzasków udało mi się wywnioskować, że coś nie tak z jego pupilem. Rozumiejąc, ze bynajmniej tu nie pomogę, co najwyżej zaszkodzę. Na planie budynku odnalazłam pomieszczenie z kojcami dla psów i odprowadziłam tam Daisy.
-Nie martw się ślicznotko kiedyś ktoś cie przygarnie.-Podrapałam ją po nosku odwiesiłam smycz i wyszłam. Byłam w drodze do wyjścia, gdy usłyszałam jak spod przychodni odjeżdża samochód.
Głupio by było tak wyjść bez słowa.-Pomyślałam.- Chociaż to by było tak samo głupie jak zostawienie mnie samej w środku parku.
Zajrzałam do gabinetu zabiegowego. Dobiegało stamtąd nie równomierny szum wody.
-Alex, jesteś tu?- Spytałam.
-Tutaj jestem.- Odparł.-Przepraszam, że tak uciekłem.-Mówił, kiedy wchodziłam do środka. –Niestety zdarzył się nagły wypadek. – Chłopak stał nad umywalką, a z jego dłoni powoli spływała krew.
-Co ci się stało?
-To nic. Zwykłe ugryzienie.- Powiedział myjąc dłonie wodą z pienistym mydłem i zakładając opatrunek.
-Coś cie ugryzło? Myślałam, że umiesz postępować ze zwierzętami.- Zgarbił się lekko i jakby bardziej niż dotąd zajął się swoją dłonią. Coś było nie tak. Odkąd tu weszłam nie widziałam jego twarzy.-Alex spójrz na mnie.-
Wykonał polecenie bez chwili zwłoki. Miał zaczerwienione oczy, a na policzka dostrzegłam mokre ślady. Przed chwilą płakał.
-Alex, co się stało?-  Zapytałam podchodząc i kładąc rękę na jego plecach. Oj trzeba okazać współczucie. Kontakt fizyczny jest bardzo ważny w takich chwilach.
-Musiałem go uśpić. -Przyznał się.
-O mój Boże. -Zakryłam dłonią usta.-Tak mi przykro.
Kiedy byłam dzieckiem chciałam zostać weterynarzem, pomagać zwierzętom i w ogóle, ale to właśnie usypianie osiągnęło mnie od tego pomysłu.
-Miał wściekliznę.
- Chwila on cie ugryzł- zwróciłam wzrok na rękę. Po mojej głowie chodziło, nie, biegało miliony myśli. Zadzwonić po lekarza? Nie, po co on jest lekarzem, ale nie takim. Opatrzyć mu to, jak idiotko? Nie potrafisz. Przynieść wodę utlenioną? A to coś da-, Co mam zrobić?
-Spokojnie byłem na to szczepiony.- Uśmiechnął się ciepło.- Nie masz się, czym martwić, ale faktycznie powianiem jechać do lekarza pierwszego kontaktu tak na wszelki wypadek.
-Pojadę z tobą.- Zaoferowałam.
-Nie musisz i tak zatrzymałem cię o wiele za długo.
-Wiem, że nie muszę, chodź, idziemy. -Uśmiechnęłam się i pociągnęłam go w stronę drzwi.

Mary

Muszę zacząć trenować walkę samą w sobie.
Muszę wziąć kuczer w rękę, wyjść z domu i zacząć walczyć.
Muszę się ogarnąć.
Fenrir liczy na mnie.
-Mam, po co ładować kuczer?- I cały misterny plan w pizdu.
-Wal się.- Warknęłam.
Miałam dobre intencje. Naprawdę chciałam coś dzisiaj zdziałać, ale nie. Nie dość, że pewien złamas w pelerynie zajął moje miejsce to jeszcze wyjeżdża do mnie z takim tekstem!
Przyjechałam do jedynego miejsca w całym mieście, w którym można sobie w spokoju potrenować bez żadnej widowi, a tam zamiast ciszy i spokoju spotkałam Ryuge, który w najlepsze odśnieżał połać ziemi podpalając przy tym kilka drzew.  Wystroił się w ten swój mundurek z mistrzostw i myśli, że jest taki super. Staliśmy naprzeciw siebie mierząc się nawzajem wzrokiem. Im dłużej tak staliśmy tym bardziej nie wiedziałam czy bardziej chce mu coś zrobić czy może jednak się stąd zabierać.
-Jesteś debilem.-Wypaliłam w końcu.  
-I, kto to mówi?
-Ja. –Skrzywił się.
-Ty tak na poważnie?- Zapytał. 
-Jeśli myślisz, że przyszłam tu z tobą walczyć to się grubo mylisz i tak w ogóle to mnie wkurzasz. Niewinem, w jakim świecie do tej pory żyłeś, ale pozwól, że cie oświęcę tutaj nikt nie marzy o tym, żeby się tobą zmierzyć, a już na pewno nie ja.-Wydał z siebie jakiś dziwne mruknięcie.
Odwróciłam się na pięcie.
Bezczelny gbur. Nie będzie mi robił łaski "pozwalając" ze sobą walczyć. Szczerze nie mam na to pieprzonej ochoty. Trudno Fenrir będzie jakoś musiał przeżyć ten dyshonor.
Drago zagrodził mi drogę.  
-Nie skończyłem z tobą.-No jasne.
-Ale ja skończyłam.- Powiedziałam stając do niego przodem i splatając ręce na piersiach.  
-Po, co grasz skoro nie chcesz podjąć wyzwania?
-Nie mam ochoty walczyć akurat z tobą, bo jesteś gburowatym, bezczelem i nie waż sie mówić o tym czy powinnam grać.
-Z, kim ostatnio walczyłaś?
-Z tobą.- Warknęłam.
Otworzył szerzej oczy.
-Serio?- Zapytał jakby niedowierzając.
-Nie chce mi sie z tobą gadać.- Burknęłam pod nosem i odwróciłam się, ale wielkie rude smoczysko dalej tam siedziało i patrzyło na mnie z góry z lekko roztwartym pyskiem, z którego wydobywały się strugi dymu.
-Wracaj.-Rozkazał Ryuga bey z impetem powrócił do jego dłoni gdzie jeszcze przez chwilę się obracał.
Zabrałam się stamtąd.
Zaraz pewnie sie potknę i przewrócę i zbłaźnię... Ta o ile mam jeszcze, przed kim bo on już prawdopodobnie zapomniał, z kim przed chwilą rozmawiał. Ja przecież jestem tylko ŻAŁOSNYM ŚMIERTELNIKIEM A ON JAKIMŚ WALONYM BÓSTWEM!
O nie! Moje oczy! Nic nie widzę! Ten majestat jest zbyt przytłaczający! Aaaa ten blask, ten blask nie jest przeznaczony dla mych niegodnych oczu! Aaa...Debil! Wsiadłam na motor i odjechałam zostawiając za sobą bruzdy w udeptanym śniegu.
Bleyderzy. Phi oni wszyscy mają nie poklei w głowie.  Myślą o sobie nie wiadomo, co.
Ech czasami żałuje, że nie urodziłam się w średniowieczu. Wtedy było inaczej. To była epoka wielkich bitew, wspaniałych czynów. Ludzie wyznawali inne wartości, a faceci nie nosili rurek. A jak cie wkurzał taki idiota jak ten cały Kishatu to można było pójść do wróżki i po sprawie, albo zaczekać, aż zdechnie na malarie, albo inną cholerę.
Wróciłam do mieszkania. Odwiesiłam kurtkę i kask na wieszak, po czym walnęłam się na fotel.
-Już po treningu?- Przywitał mnie Kyoya. Był w denerwująco dobrym humorze.
-Nie denerwuj mnie.  Nie strzeliłam nawet raz.
-Zmęczyłaś się samą jazdą?
-Haha. Masz za dużo zębów?
-Daj spokój siostra.- Próbował potargać mnie po głowie, ale się wykręciłam. Co się sknociło?
-Życie.
-Zdążyłaś złapać doła w drodze na trening? Sorry. Głupie pytanie ty potrafisz złapać doła w drodze do łazienki.
-O szty!- Rzuciłam w niego poduszką, ale zdążył przedtem zatrzasnąć za sobą drzwi od łazienki śmiejąc się przy tym zemnie.
Głupi gówniarz.
Zaczęłam przeglądać Internet. Jak na złość wszędzie były smoki. Dosłownie wszędzie. Jak nie to trailer Hobita to wyskakująca z nienacka reklama jakieś gry, albo smocza edycja jakiegoś sprzętu komputerowego. Cisnęłam telefonem o kanapę.
On był w szoku. Dlaczego? Czy to naprawdę takie dziwne, że tak rzadko gram?
 Że w ogóle nie gram.- Podpowiedział głos z tyłu głowy.
Bleyderzy naprawdę są jacyś inni.  Dziwni. No chyba, ze to zemną jest coś nie tak, co też jest możliwe.  Są prawie jak jakaś sekta tylko taka, której rytuały transmituje telewizja. Kiedy spotykasz bleyder na ulicy od razy wiesz, że gra nawet, jeśli niema przy sobie kuczera. Bije od nich czymś, co Hagane nazwał by tym całym Duchem Beyblade.  Chociaż ostatnio jest ich tak jakby mniej. Po ich ostatnich wyczynach rodzice boją się pozwalać dzieciom grać. Może to i lepiej.
Kyoya wyszedł z łazienki wycierając ręcznikiem mokre stoperczące na wszystkie strony włosy.
-O, czym tak myślisz? Masz minę jakbyś chciała się pociąć.
-Jak to z wami jesteś?
-Z nami, czyli, z kim?- Zmieszał się.
-Z bleyderami.  Czemu was tak ciągnie do tej walki? I czemu to takie dziwne, kiedy ktoś nie chce z nimi walczyć? –Zamyślił się.
Usiadł na kanapie, po patrzył na okno potem na ścianę odchylił głowę do tyłu i wypuścił powoli powietrze.
-Grać dla bleydera trochę tak jak oddychać. Więc gdy mówisz, że nie chcesz z nimi walczyć to tak jakbyś nie chciała oddychać.
-Porąbani jesteście.
-Możliwe. Daj sobie spokój siostra po prostu graj to może ogarniesz.

Hikaru

Otarłam pot z czoła i umieściłam Aquario z powrotem w saszetce.
-I jak?- spytałam podbiegając do Madoki. Trening, jak co dzień był wyczerpujący, ale tym razem miałam się dowiedzieć czy w ogóle coś mi daje.
-Robisz ogromne postępy. Niedługo wrócisz do formy sprzed mistrzostw, a jak tak dalej pójdzie to zakwalifikujesz się do następnych.-Uśmiechnęła się zamykając laptop.
-Może. Trochę szkoda, że już nie powalczę sobie z Gingą.- Brunetka ze smutkiem spuściła wzrok. Nie chciałam jej zasmucić miała swoje przywary, ale w gruncie rzeczy była całkiem w porządku.- Przepraszam nie powinnam marudzić.
-Nic się nie stało.- Powiedziała pociągając nosem.-Mniejsza. Muszę się zbierać mam kilka bey na warsztacie.
-Spoko. Do jutra.- Po żegnałam się z Madoką zabrałam swoje rzeczy i powoli zaczęłam się zbierać do domu.
Dzisiaj miałam wolne i nie za bardzo wiedziałam, co z sobą zrobić. W mieszkaniu pustki znajomi zajęci, a jak szybko nie znajdę sobie zajęcia zacznę myśleć jak bardzo się wczoraj zbłaźniłam.  Na samo wspomnienie czuje, ze robie się czerwona na policzkach. Dlaczego nie mogłam sobie tego odpuścić diabli mnie podkusili, żebym do niej podeszła i zaczęła z nią rozmawiać bez ładu i składu?
Powoli wchodziłam po schodach na moje piętro. Na wycieraczce przed moim mieszkaniem znalazłam małe białe pudełko przewiązane koronkową kokardą. Rozejrzałam się tak jakby ktoś, kto je tu zostawił miał wyskoczyć zza któryś drzwi powiedzieć coś w stylu ‘’Przepraszam pomyliły mi się mieszkania. ‘‘, Ale nikt taki się nie pojawił.
Podniosłam pudełko i weszłam z nim do mieszkania. Odwiesiłam kurtkę i torbę na wieszak poczym trzymając pakunek w dwóch dłoniach przeszłam do salonu ustawiłam go na stoiku, a sama usiadłam na fotelu naprzeciw niego.
Otworzyć czy nie otworzyć? Oto jest pytanie. Jeśli to nie do mnie i to popsuje będzie głupio, a jeśli to do mnie i tego nie otworze i ktoś mnie potem spyta czy podobał mi się prezent od niego to wyjdę na idiotkę.
Do takich ustrojstw powinny być dodawane liściki. –Stwierdziłam w myślach po kolejnej chwili bezsensownego patrzenia się w podarunek.
Otwieram najwyżej będę się potem tłumaczyć. Odwiązałam kokardę zdjęłam górą część i zajrzałam ośrodka, a ta zapięty wokół małej poduszeczki czekał krótki naszyjnik ciemna wstążka z umieszczony w niej złotym rombem taki sam jak kiedyś nosiłam.
-Dziwne. Nawet bardzo dziwne. 

Rozdział 10 za nami. Dodany z tygodniowym wyprzedzeniem bo Mary i Ryuga to dwójka idiotów z którymi nie da się pracować. Nienawidzę obojga oby was szlak trafił.
Ryuga: Lepiej ci?
Ja: Nie. Tu miała być walka wybuchy ataki emocje i co? I dupa. Bo Mary nie pasowało.
Mary: Nie dam mu tej satysfakcji.
Ja: Zobaczymy jak się będziesz się tłumaczyć Fenrirowi. 
Mary:...
Ja: Właśnie bój się.  No dobrze co tu jeszcze chciałam wam powiedzieć? A tak zapytać co byście woleli odemnie dostać na walentynki. Kontynuację opowiadania "Jestem twoim małym problemem" 
Ryuga: Miałaś to napisać rok temu.
Ja: Cicho być nie denerwuj mnie.
Kyoyo: Odwlekasz to jak tylko się da.
Ja: Bo napiszę fan fic z tobą i Madoką.
Kyoya:....
Ja: No i tak ma być.  Wracając do przerwanego wątku. Chcecie kontynyacjie coś takiego jak rok temu czy może kompletnie  nowe opowiadanie. Napiszcie w komentarzach albo zaczekajcie, aż zrobię nową ankietę. ^^
Kelsi: Nie udawaj, że ogarniasz blogera.
Ja: Nikt mnie nie kocha. Nikt we mnie nie wierzy....POWIEDZIAŁAM ŻE NIJT WE MNIE NIE WIERZY!
Kelly: Banzai!*spada z sufitu na Bekneia i tuli mu głowę * Na mnie nie licz zajęta jestem. 
Ja: Ech. No to ja się z wami żegnam.
Do następnego posta.
Hania